piątek, 23 czerwca 2017

Małżeństwo, do tego trzeba mieć zamiłowanie. A Mamusia ostrzegała.

Gdy prosisz Męża o wykąpanie dziecka, istnieje kilka możliwych rozwinięć akcji, w zależności od typu Męża.
1.      Mąż wersja Standard:
·         przygotuje wodę o odpowiedniej temperaturze,
·         nie utopi dziecka (lekkie zakrztuszenie wodą się nie liczy),
·         jeśli przyniesiesz mu ręcznik to wytrze (bo przecież wyjątkowo mu się zapomniało o tym ręczniku, prawie, że już pamiętał, ale szpak za oknem go rozproszył, bo przeleciał, i zapomniał, a w ogóle to jak się dziecko kąpie  co drugi dzień, to jak on ma zapamiętać, to nie jego wina, jakby kąpał codziennie to by pamiętał),
·         jak przyniesiesz piżamkę i pieluchę, to ubierze (bo przecież wyjątkowo mu się zapomniało o tej pieluszce i piżamie, i że prawie prawie już ją miał, ale woda zaczęła się z wanienki wylewać, a Syn wrzucił lego do toalety i mu się zapomniało),
·         jak przyniesiesz krem i szczoteczkę, to nasmaruje dziecia i umyje mu ząbki (bo wyjątkowo mu się zapomniało o tym kremie…i szczoteczce…i nie patrz już tak na mnie kobieto, nie będę się tłumaczył).
2.      Mąż wersja Premium:
·         zrobi wszystko, co wersja standard, ale bez przypominania i przynoszenia, SAM Z SIEBIE ZROBI,
·         możliwe, że to fikcja literacka, ale moja romantyczna dusza każe mi wierzyć, że gdzieś tam taki mąż jest.
3.      Mąż wersja Deluxe All Inclusive:
·         nigdy nie wiesz co zrobi, to taka wersja, której główną opcją jest zapewnić Ci odpowiednią dawkę emocji, gwałtowne zwroty akcji i rolerkoster wrażeń,
·         może wykąpie, a może nie? Może ubierze, a może po godzinie dziecko nadal golutkie biega?

·         może naleje mydło do kąpieli, a może, tak jak mój Najdroższy, mając do dyspozycji całą wanienkę wody, a nawet całą łazienkę, jeśli się uprzeć, przy pierwszym naciśnięciu pompki pojemnika z mydłem, trafi właśnie dokładnie i idealnie celnie w dziecięcą paszczę? Na Twoje zaniepokojone pytania, dlaczego to biedne dziecko tak szlocha i pluje zacznie tłumaczyć, że gapka mała, najadła się mydła. Nie jest to kłamstwo, przecież nie powiedział, że SAMA GAPKA SIĘ NAJADŁA, po prostu nie wspomniał o swojej roli w zdarzeniu. Dwa dni później się przyznał. Emocje gwarantowane. Nie, nie można wersji Deluxe nigdzie reklamować, nie , nie przyjmują zwrotów oraz nikt nie wypłaca rekompensaty pieniężnej. Należy pokochać i przyzwyczaić się do tego, że już nigdy nie będzie nudno.

piątek, 19 maja 2017

Przedstawiamy Stefanka. Trochę krzywy, ale tak miało być.

Przedstawiamy nowego członka rodziny, Stefanek Rzekotka Drzewna. Ma jedną tylną kończynę dłuższą od drugiej, ale to drażliwy temat, więc nie wspominajcie przy nim. Poza tym, ona nie jest dłuższa tak naprawdę. To kadłub jest krzywy i stąd takie wrażenie. I tak jest nieźle, bo w pierwszej wersji, przez przypadek przyszyto mu tylną kończynę zamiast przedniej. Ale się zorientowano w porę. O tym, że Stefanek jest rzekotką świadczy m.in. liczba palców. Nie świadczy jednak kolor. Na szczęście mój Mąż, strażnik poprawności i akuratności naukowej, jak tylko poznał Stefanka, zawołał:

- Ale on ma za ciemny kolor!! Rzekotki są jaśniejsze!!

To były pierwsze słowa Męża na widok mego dzieła. PIERWSZE. 

Kochanie, w imieniu swoim i Stefanka, chciałam bardzo podziękować. Wiesz, jak cenię sobie konstruktywną krytykę. Bardziej cenię tylko koktajl z mango. Takie uwagi pozwalają nam dążyć do doskonałości. Stefankowi już nic nie pomoże, pozostanie gatunkiem nieokreślonym do momentu jak dorośnie i sam będzie mógł zdecydować, kim chce być. Jeśli stworzę mu jakiegoś kolegę, to postaram się bardziej.


P.S. Źrenice Stefanka wycięłam z Twoich rękawiczek. Miały idealny odcień czerni. IDEALNY.


środa, 10 maja 2017

Czy to jest kuchnia fusion??


Znamy się z Synkiem nie od dziś, a ciągle nas zadziwia i zaskakuje. Sytuacja obiadowa sprzed kilku dni:
Jemy rodzinnie obiad. W sumie obiadokolację, bo wymyśliłam sobie gulasz, dusił się milion godzin i w momencie gdy był gotowy to z pewnością wszyscy w naszej strefie czasowej już dawno zapomnieli o obiedzie...Ale do brzegu. Gulasz jaki jest każdy wie, trochę mięska (albo dużo, jak kto lubi), trochę cebuli (albo bardzo bardzo dużo, wedle gustu), marchewka, pomidory, czosnek, czerwona fasola, w skrócie: co ci w rękę wpadnie. Istotne jest to, że gulasz zdecydowanie wytrawny, pieprz, papryka, te sprawy. Jako deser koktajl mango-jabłko-banan. Może niezbyt pasuje, ale chodził za mną cały dzień, więc zrobiliśmy z Synkiem. Stawiam przed potomkiem kubek z koktajlem i talerz z gulaszem. Łyknął zmiksowane owoce, poklepał się po brzuszku, znaczy pełna akceptacja. Nabrał łyżką trochę gulaszu, spróbował, klepanko, wszystko gra. Spojrzał na mnie porozumiewawczo, uśmiechnął się i bez chwili wahania przelał zawartość kubka do talerza. Oba dania były dość gęste, więc w celu dokładnego wymieszania musiał przelać jeszcze raz do kubka. Znowu do talerza. Znowu do kubka. Na tackę krzesełka, bo tam można dokładnie wymieszać łapką. I do paszczy. Wszystko. Ze smakiem. Nie zamieszczam zdjęć, bo osoby o słabych nerwach mogą się potem budzić w nocy z krzykiem.
Jeśli nie macie pomysłu na obiad polecam danie dnia: gulasz z kaszą gryczaną z sosem mango-jabłko-banan. Koniecznie dużo czosnku i cebuli. Dzieci uwielbiają! 

# ZaskakujeMnieKażdegoDnia # ChybaSmakowałoBoKlepanko #NieMnieOceniać

<3

Jeśli Synek wraca z Tatą ze spaceru i zanim ich zobaczysz usłyszysz utwór "Mamo! Mamo! Bagno buty nam wessało", to wiedz, że czeka Cię pranie.
Historia banalna: stali na naszej błotnistej drodze, oglądali lecące stado gęsi i nagle Mąż patrzy na Synka, ale coś nie gra, coś Mężowi nie pasuje, Mąż czuje, że coś tu się bardzo nie zgadza. Po chwili bacznej obserwacji dochodzi do wniosku, że dziecko stoi w błocie bez butów. A dałby sobie Mąż uciąć dowolną część ciała, że jak go na drodze stawiał chwilę wcześniej, to Syn miał garderobę kompletną. Kolejna chwila bacznej obserwacji i buty zostały zlokalizowane kawałek dalej. W błocie. Wessane. 



Zajęcia sensoryczne po taniości, czyli co zrobić jak nie lubisz obierać cebuli.



Gorąco polecamy nasze ulubione zajęcia sensoryczne!! Rozwijają motorykę małą, bo do zdejmowania łupinek potrzebne są bardzo precyzyjne paluszki :) Olejki eteryczne cebulowe obecne są już w całym domu, czyli super, bo ładnie pachnie. I koszt zajęć to jedynie kilka złotych, zależy na ile cebuli się szarpniecie. My nasze dziecko bardzo kochamy, widzicie jaki obłożony cebulką. Niech ma <3 Do tego jest to zajęcie typu 3w1 : zajęcia sensoryczne dla Synka, chwila na kawę dla Mamy i wszystkie cebule obrane! A ja nie cierpię obierać cebuli. I to wcale a wcale nie jest praca nieletnich!
Jedyny minus cebulowych zajęć sensorycznych jest taki, że od trzech dni szukam pół kilograma cebuli, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Przeszukałam wszystkie kryjówki Synka: pudło z klockami, regał na książki, przyczepy w autkach i traktorach, misa miksera, foremki do chleba, pralka. Nic, żadnej cebuli. Obawiam się, że prędzej czy później dotrę po zapachu...


Jedyny mio:)

Miłość


MIŁOŚĆ.

Miłość, to jest wtedy, jak Żona zakopie na własnym podwórku, przy własnym sznurze na pranie samochód, a Mąż, który wraca w nocy i wyjeżdża o świcie, sam go wypchnie i jeszcze się do Żony miło uśmiecha i daje jej słodycze. 
MIŁOŚĆ DO KWADRATU jest wtedy, jak Żona trzy dni po incydencie z samochodem zakopie się znowu dokładnie w tym samym miejscu, tylko dużo, dużo większym samochodem. I troszkę nie dopilnuje sytuacji i pozwoli,żeby zakopał się również bus z przyczepą. Tuż obok. I Mąż musi wrócić dwie godziny wcześniej z terenu (WCZEŚNIEJ Z TERENU) i uratować wszystkich. I on nadal się uśmiecha i nadal kupuje Żonie słodycze. Naprawdę nie wiem jak Wy wszyscy radzicie sobie bez mojego Męża, ale jakby ktoś chciał go klonować to doskonale rozumiem. I nie pozwalam.

#bądźbohateremwswoimdomu #naprawdęmyślałamżewyjadę#błotnakrainapełnamiłości




<3

wtorek, 9 maja 2017

Czekolada i inne rodzicielskie troski.

Doskonale rozumiem jedzenie czekolady po kryjomu, gdy stajesz się rodzicem. To ma sens. Czekolada - obiekt pożądania tłumów. Wszyscy jej pragną, nikt nie powinien, zwłaszcza jeśli mają 1,5 roku i dopiero 8 zębów. Słodycze w ukryciu to jeden z najważniejszych atrybutów rodzicielstwa. Nie pamiętasz jak to jest przespać ciągiem 8 godzin, jesz z podłogi (bo połowa dziecięcego obiadu tam ląduje, a przecież szkoda, żeby się zmarnowało), jesz czekoladę w kąciku przy czajniku, udając, że szukasz czegoś w lodówce. Ale żebym kiełbasę musiała jeść w ukryciu?? 
Wieczorna sytuacja: Mąż zajął strategiczne miejsce przy garnku z gotującą się kiełbasą, ja zajęłam drugie strategiczne miejsce - przy lodówce. Syn bawił się jakieś 2 metry za moimi plecami. Autkami oczywiście. Wiedziałam bez patrzenia, bo słyszałam "brrrrum brrrrum, tiiiit,tttti, bam, aua", prawie słyszałam ślinkę kapiącą na klocki, bo bardzo ciężko jest robić brrrum brrrum przez 10 minut bez intensywnego wycieku śliny. Bez zastanowienia rzuciłam w stronę Męża pytanie kontrolne:
- Czy kiełbaska już gotowa?
W zaokrągleniu jedno mrugnięcie powieką zajęło memu Synowi porzucenie klocków i ustawienie się przy mnie w pozycji wyczekującej. Z widelcem w dłoni. Wpatrzony w garnek powiedział:
- Mniam mniam. 
Przekaz dość jasny. Rozumiem, że chociaż nie potrafi przejść 20 metrów bez drobnego upadku, osiągnął prędkość światła na hasło "kiełbasa". Ale skąd ten widelec? Chyba pora sprzątnąć pod kanapą. Możliwe, że znajdę tam również pół kilo cebuli, które Syn gdzieś schował i nie chce powiedzieć gdzie. Wyraźnie czuję, że jest gdzieś schowane i że leży tam za długo, ale nie mogę zlokalizować dokładnego miejsca. Jeśli ktoś planuje nas odwiedzić, to z góry ostrzegam.
Na zaniepokojone pytania Babci Marylki, która na pewno już trzyma telefon w dłoni, żeby zadzwonić z pytaniem dlaczego głodzimy dziecko, odpowiadam, że 15 minut wcześniej zjadł swoją kolację. Obfitą. I tak Mamo, ma ciepłe rączki. I stópki. Nie, nie ma na głowie czapeczki, ale dzisiaj w domu wyjątkowo słabo wieje, więc myślę, że możemy sobie pozwolić na to szaleństwo. Wiem, igramy z losem, ale kiedy szaleć jak nie teraz, gdy jesteśmy piękni, młodzi i nie śpimy od 1,5 roku. 
Kiełbasy nie zjadłam, bo mi dziecko zeżarło. Co będzie następne? Strach się bać. On nawet warzywa lubi. Żaden produkt spożywczy nie jest w naszym domu bezpieczny.
Na zdjęciu poniżej Syn cierpliwie, spokojnie i z determinacją sprawdzał po kolei wszystkie tulipany. Cel badania: " Czy każdy tulipan ma w środku to samo?". Tego dnia dowiedzieliśmy się, że tak, ale tulipany już nigdy nie będą takie same. Chyba, że szybko odrosną swoje płatki.

czwartek, 9 lutego 2017

Zabawkowy krasz test.

Od początku wiedziałam, że nasz Synek jest totipotencjalny. Oprócz tego, że jest śliczny i słodki, co jest oczywistą funkcją dziecka, ma jeszcze dodatkowe atrybuty. Pierwsze pół roku życia spędził u nas na rękach, tuląc się nieustannie, więc szybko odkryłam, że jest niezastąpionym przenośnym grzejniczkiem. Bardzo poręczny, mięciutki, weźmiesz wszędzie ze sobą, czy chcesz czy nie… Do tego zapobiega sennym koszmarom! I to nie tylko dlatego, że po nocach śni mi się jego uśmiechnięta buźka <3 ale również dlatego, że od roku co godzinę lub w porywach dwie budzi mnie w nocy na mleczko, więc nic złego nie zdąży mi się przyśnić! Kochany, od maleńkości taka troska o innych <3
Dość szybko okazało się, że Syn posiada również opcję „jedzeniowe confetti, zasięg nieograniczony”. Wszystko potrafi rozdrobnić paszczą/ łapkami/ uderzaniem pokarmem w blat krzesełka, a potem fantazyjnie rozrzucić. Panie! Jaki on ma zasięg! Na początku pod krzesełkiem rozkładałam pieluszkę, ale szybko zrezygnowałam. Powinnam nosić ze sobą prześcieradło, może by wystarczyło…
I to jeszcze nie koniec! Tak, tak, pewnie zastanawiacie się „Jak to ?! Czy może być jeszcze piękniej?!”. Może. Jeśli zastanawiacie się czy w Waszym domu są jakieś wady konstrukcyjne, niedoróbki, niedociągnięcia, coś jest za słabo przybite, przykręcone lub przyklejone, proszę bardzo! Wpuszczamy tam Synka, a on jak po sznurku biegnie do tej właśnie szafki, w której właśnie wczoraj rok temu mieliście przykręcić zawiasy, bo drzwiczki odpadają. Albo do tego kawałka listwy podłogowej, którą kopnęliście przypadkowo zeszłej zimy, ale jak się dociśnie to nie widać, że odpadła. Dla Was nie widać, ON WIDZI WSZYSTKO. W całym pięknie wyremontowanym pokoju, w najdalszym kącie znalazł się kawałek pianki uszczelniającej lub wełny wystający spod tynku? Synek Radar już tam biegnie poskrobać sobie paluszkiem. A potem zjeść to, co wyskrobał. Bardzo szybko zmobilizowało to Męża to skończenia framugi przy drzwiach wejściowych.
A jeśli zrobiliście właśnie gruntowne porządki, wszystko lśni i pachnie, zastanawiacie się czy może dzisiejszego obiadu nie jeść prosto z podłogi, bo tak czystko i pięknie, serce rośnie i szkicujecie węglem na kremowej tekturce swój portret z dopiskiem „Gospodyni roku” odciśniętym pieczątką z ziemniaka, to zaręczam, że mojego dziecka nie oślepi blask bijący od umytych okien i wypastowanych podłóg. Nie z nim takie numery. W pięć sekund zlokalizuje ten jeden jedyny kłaczek kurzu, który zawieruszył się przy nodze od stołu, a teraz znika w jego uśmiechniętej paszczy ryjąc rysę głębokości Rowu Mariańskiego w Twojej zbroi Matki Idealnej. Ma to praktyczne zastosowanie, bo jeśli zaginie nam jakiś naprawdę maleńki przedmiot, mini śrubeczka czy mikro nakładka do owej śrubeczki, z nosem w podłodze przeszukaliśmy wszystko, bez efektu, to wpuszczamy dziecko moje i siup! Śrubeczka znaleziona. Trzeba tylko pilnować, żeby nie zdążył zeżreć, bo po potem trzeba na sitku przecierać produkty przemiany materii, żeby ów detal znaleźć.
Ostatnio odkryta funkcja to detektor odstających elementów. Skoro coś odstaje to znaczy, że można to oderwać. Skoro można to znaczy, że należy. A należy za wszelką cenę, choćby trzeba było skrobać i stękać pół godziny, a w ostateczności miauczeć w kierunku Mamy lub Taty, żeby oderwali, bo się nie da, a przecież trzeba! Tyczy się to zarówno kartonowych książeczek, naklejek, etykiet, uchwytu od drewnianego garnuszka jak i uśmiechu Rzekotki Andrzejka, bo uśmiech jest wyszyty i na końcu jest taka mała pętelka. Odstaje. Minimalnie. Tryb „Zlokalizuj i oderwij- aktywny”. Andrzejek jeszcze się uśmiecha, ale naprawdę nie wiem ile czasu mu zostało. Śmiej się, Andrzej śmiej! Póki masz czym.Andrzejek na zdjęciu nie ma oczków, bo jeszcze nie doszyte, nie dlatego, że Synek mu wyrwał...


I jedna z moich ulubionych: ZABAWKOWY KRASZ TEST LEVEL HARD. Patrzę czasami na zdjęcia blogowych dzieci: siedzi sobie takie dziecko w pastelowym wdzianku, przy swoim pastelowym stoliczku na ślicznym pastelowym krzesełku. Nigdzie śladu wgniecionych brokułów, wduszonego banana czy jabłka w panierce z piasku. Siedzi sobie pastelowy dzieć i rysuje pastelowe zwierzątka kredkami. A potem czyta książeczkę. Bez odrywania okładki. A potem gotuje na pastelowej zabawkowej kuchence. Bez prób stanięcia na niej. I bez trzaskania drewnianym młotkiem w każdy element po kolei, aż znajdzie ten jeden słabiej przyklejony, który odpadnie. Potem patrzę na mojego Synka, który właśnie użył drewnianego sortera do klocków jako stołka, na który wlazł, żeby zrzucić zabawki z górnej półki swojego regału i dochodzę do wniosku, że zanudziłabym się z pastelowym dzieckiem na śmierć :D I ten sorter to koniecznie musi stać częścią do wrzucania klocków ustawioną do góry, jak wiadomo jest to najdelikatniejszy element, więc trzeba na nim stanąć. Dla dobra nauki. Bo jak inaczej sprawdzić czy to jest naprawdę porządny sprzęt? Nie da się inaczej. Przetestowanych mamy wiele zabawek. Plastik u nas się nie sprawdza. Na początku chodziło tylko o moje względy estetyczne i zdrowotne. Potem okazało się, że to był matczyny szósty zmysł. Mało który plastik wytrzyma krasz testy Synka. Każda zabawka musi wytrzymać wielokrotne rzuty, stawanie na nich naszych słodkich 11 kilogramów, jeszcze trochę rzutów oraz regularne „naprawy” polegające na zawziętym trzaskaniu drewnianym młotkiem lub dziadkiem do orzechów czy wałkiem do ciasta. Wszystko z delikatniejszego plastiku zostało rozbite/rozłożone/połamane :D Większość zabawek Synkowych jest z drewna, dają radę, nic trwale nie zniszczył, choć wykrył wiele wad konstrukcyjnych. Drewniany garnuszek miał przy uchwycie zdecydowanie za mało kleju, więc uchwyt można było wyrwać. Tata naprawił, ale okazało się, że przy drugim uchwycie również poskąpiono lepiszcza… czeka na naprawę… Sorter od cioci Agatki i wujka Matiego również był w wersji „dla grzecznej dziewczynki” :D udało się oderwać obręcz mocującą. Oraz dwa szczebelki. Na szczęście wystarczyło pół opakowania vikolu i trzyma jak złoto. Drewniany bocian regularnie ma przerywane sznurki mocujące skrzydła, więc szukamy coraz grubszych i mocniejszych. Możliwe, że rozwiązaniem jest zrobienie większych dziurek i związanie skrzydeł linką stalową, względnie plecionką na szczupaka. Piękny karnisz na zasłonki, który Mąż zrobił z olchowych gałązek – poległ po 5 minutach krasz testów. Podobnie drewniana łyżka do sałatki, taka łapka złożona z dwóch części. Obecnie mamy dwie łyżki złożone z części pojedynczych, też spoko. Śliczny mini wałek, który Mąż mi kupił wieki temu, składający się z rączki i części wałkującej został rozłożony, do teraz nie wiem jak, i nie umiem go złożyć L Może jak Synka zacznie bawić składanie rozłożonych rzeczy to mi naprawi <3

wtorek, 10 stycznia 2017

NIEZAWODNE NARZĘDZIE DO KOMUNIKACJI Z MĘŻEM - FEJSIK

Zdecydowanie. Trzeba tylko pamiętać, że nie chodzi po prostu o fejsika. Jak mu napiszę wiadomość to w życiu nie przeczyta. Chyba, że wyślę mu też naklejkę z kotem. Ale w odpowiedzi odeśle innego kota, na treść wiadomości nie zerknie. Jednak okazuje się, że lekko prześmiewczy post ściąga jego uwagę i, co więcej, prowokuje działania. I nie chodzi tylko o standardowe zamknięcie się w sobie ze słowami "Znowu się ze mnie śmiejesz publicznie". Piszę o tym wszystkim dopiero teraz, bo nadal jestem w szoku.
Dwa dni po tym jak publicznie wyjawiłam swoje największe marzenie, czyli brak owczych bobków pod stopami, Syn obudził mnie jak zwykle, za wcześnie. Na szczęście przy łóżku mamy okno i żeby zyskać dodatkowych kilka minut na powrót do rzeczywistości zajmuję go sprawami w stylu "Synku, skontroluj teren, co tam owieczki robią, czy kotek od sąsiadów przyszedł, ile sikor siedzi na parapecie". Takie tam. Daje mi to całe trzy minuty. Po tym czasie dzieć próbuje wleźć mi na głowę i niestety nie jest to metafora. Zwlekam swoje zwłoki na wysokość parapetu i oczom moim ukazuje się OGRODZENIE OWCZEGO WYBIEGU. Pierwsza myśl, wiadomo, za mało snu, za dużo kawy, zwidy. Ale nie. Oczy przecieram, patrzę znowu, nadal tam jest. Coś mi się kojarzy, że przez sen słyszałam stukanie młotka, ale Synek ostatnio wszystko naprawia swoim drewnianym młotkiem (czyt. uderza we wszystko, bardzo mocno), wiec dźwięk ten tak wbił mi się w mózg, że nie zwracam na niego większej uwagi. A to Mąż mój, proszę Państwa od rana, z młoteczkiem, robił płotek. Co prawda płotek nie miał żadnej furtki, a za płotkiem został sznur na pranie, ale to już problem owiec. Nie wiem jak do niego dosięgną, żeby wieszać pranie, ale są pomysłowe, dadzą radę. Na pociechę mają po swojej stronie również miejsce na ognisko, pieńki do siedzenia przy ognisku i stół do ustawiania wiktuałów na ogniskowe spotkania. A niech mają trochę z życia. Na szczęście piaskownica została po naszej stronie, mogło być gorzej.
W związku z tym zachęcam wszystkich, którzy mają jakieś małe malutkie marzenia, ale nie mogą ściągnąć na siebie uwagi tej drugiej strony, o wrzucanie postów, najlepiej lekko kpiących, działa jak marzenie. Oczywiście można próbować domowych sposobów Basi - spryskiwać wodą albo rzucać żelkami. Ale jak to nie pomoże to już tylko fejsik. Zapraszam!

Życie to nie jest taka łatwa sprawa.

To jest długi tydzień. Synek ma trochę problemy ze spaniem, tzn. przebudza się około milion razy w nocy. Na mleczko. Albo żeby go głaskać po pleckach. Albo się przytulić i wtedy być głaskanym po pleckach. Albo dlatego, że próbuje się obrócić na brzuch, ale noga mu się zaplątała w drugą nogę i JAK ON MA SIĘ PRZEKRĘCIĆ OMOJBORZE MAMO RATUJ. Chyba zaczyna rozumieć, że to życie to nie jest taka łatwa sprawa i trochę go to przytłacza. Doskonale go rozumiem. Chwilę temu tylko jadł potem spał, jadł potem spał, a często jednocześnie jadł i spał, no chyba lepiej już w życiu być nie może. A tu nagle zaczął ciut więcej kumać, umie powiedzieć kici kici (plując się przy tym okrutnie), umie swoim zabawkowym drewnianym młotkiem obstukać wszystkie drewniane elementy w domu, szklane też (wydaje mi się, że myśli, że je naprawia) oraz z pasją wołać "kotko, kotko" (nie wiem czy chodzi o kota, badania trwają, zbieram reprezentatywną próbę, jak na razie wychodzi fifti fifti, że kot i że wszystko inne). To chyba jasne, że nie da się spokojnie spać w obliczu takich zmian. Co ciekawe budzi się o 7.20 z uśmiechem na ustach i klepie mnie czule po twarzy na znak, że przecież wstajemy. Wszystko rozumiem. Staram się zachować spokój. Nie pytać zbyt napastliwie o 3 w nocy czy on naprawdę nie ma sumienia i litości nad matką i może, żeby przepełz trochę w stronę ojca swego i jego próbował obudzić. BŁAGAM. Ale wszystko ma swoje granice. Dziś pijąc kawę poranną o 10 (Synek ma drzemkę), zabiłam bardzo bardzo wielką i paskudną muchę, żeby nie zakłóciła snu mojego słodkiego słoneczka. I ta mucha, umierając, w akcie ostatecznej zemsty, zupełnie wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, wykonała bardzo skomplikowany manewr i swym martwym prawie ciałem wpadła do mojej kawy. Pomachała mi ironicznie nóżką. I umarła. Usiadłam. Miałam zamiar się rozpłakać, ale nie było czasu, musiałam łowić muchę, żeby nie zostawiła żadnego swojego kawałka w kawie, bo przecież ponad pół kubka zostało! Bardzo dużego kubka! Wyłowiłam, powiedziałam jej co o niej myślę. Trochę pomogło. O. Dzieć się budzi, idziemy na spacerek <3

AKTUALIZACJA W TEMACIE OWCZYCH ODCHODÓW!!!

Dla wszystkich fanów owiec: jednak rodzynki też są! I większe i mniejsze! I dłuższe i krótsze! Jeśli chodzi o odchody - nasze owce wykazują nieskończoną pomysłowość <3 Zastanawiacie się skąd tak dobrze wiem jakie mają kształty? Myślicie sobie, że przecież Marcin obiecał, że będzie chodził i sprzątał, dzień i noc, żaden owczy bobek się nie ostanie. Otóż. Pewnie będzie zbierał. Kiedyś. Na razie czeka. Na razie patrzy. Możliwe, że za mało znam się na owcach. Może to nie powinno się tak hop siup, ni z tego ni z owego sprzątać ich kup. Może najlepiej w pełni księżyca? Albo w czasie wyjątkowo pięknego wschodu słońca? Albo zachodu? Nie wiem, nie wiem. Wiem natomiast, że owce oprócz tego, że kreatywne są również złośliwe, ponieważ skupiska odchodów mają dwa: przy sznurku na pranie i przy piaskownicy. Jeśli zastanawiacie się jakie są dwa miejsca na naszej nie takiej małej działce, gdzie spędzamy z Tymkiem najwięcej czasu, to już spieszę z odpowiedzią: okolice sznurka na pranie i piaskownicy. Z pewnością wielbiciele owiec stwierdzą, że nie są one złośliwe lecz towarzyskie. Dla tych naiwnych: kilka dni temu ktoś zapukał do drzwi. Zaczęłam w panice się ogarniać, w końcu 10 rano, wiadomo, makijaż nie nałożony, fryzura nie skończona, dopiero co loki na wałki nakręciłam, sukienka z balbankami dopiero co uprasowana. Ostrożnie wyglądam za drzwi i co widzę? Dwa owcze zadki czmychające z tarasu. Wyraz miały złośliwy. Na ile mogę określić po zadkach.