czwartek, 26 lutego 2015

Życie codzienne. Ach, jak cudownie.

Brzmi jakbym ironizowała, ale to w żadnym razie nieprawda. Mój Mąż często patrzy na mnie w takich momentach oskarżycielsko, więc tonem zdecydowanym muszę mu tłumaczyć, że to nie są złośliwości, po prostu taką mam twarz. I głos. I wyraz oczu. I ta brew mi się tak podnosi, to musi być jakiś tik, może powinnam to leczyć?
W momencie gdy piszę tą wiadomość nasze Psy leżą na legowisku pod schodami, ułożone do siebie plecami i każde żuje po połowie suszonej myszy, którą przyniosły nie wiadomo kiedy i skąd. Chyba jednak mamy negatywny wpływ na lokalną bioróżnorodność. A w każdym razie na lokalną bioróżnorodność gryzoni.
Jest cudownie, bez dwóch  zdań. Nie mówię oczywiście, że cały czas jest lekko i przyjemnie, co to to nie. Nie oszukujmy się. Bywa czasami ciężej niż lekcej. Od października nasza szafa ubraniowa to stos boazerii na poddaszu. Toaleta pojawiła się w listopadzie. Garnki codziennego użytku trzymam na kartonie z Męża zestawem narzędzi części hydraulicznych, bo stoi blisko zlewu (który również nie był  z nami od początku). W sumie w Domu wszystko stoi blisko zlewu, bo to mały dom jest :) .  Kasze i inne mąki zostały umieszczone w kartonie pod stołem (tak, tak, mamy stół). Jednak chwilowy brak pewnych udogodnień pozwala znacznie bardziej się nimi cieszyć, gdy już się pojawią (gdy Mąż zamontował toaletę uczciliśmy to butelką domowego szampana, takie to było wydarzenie). Albo dojść do wniosku, że jednak wcale nie są potrzebne, co jest jeszcze przyjemniejsze. Nawet zmywanie w misce można spokojnie przeżyć i nawet się tym cieszyć. Zmywanie to poza tym jeden z ciekawszych aspektów naszego życia (hmm, dość smutno to zabrzmiało, oczywiście mamy też inne ciekawe zajęcia, nawet ciekawsze. Serio… Tak mi się jakoś napisało...).  Otóż między Żoną a Mężem od zarania dziejów  toczyła się walka o zmywanie. I to nie w tym bardziej zrozumiałym, często spotykanym wymiarze:
-Ty zmywasz Kochanie!
- Oj nie, błagam, nie ja! Ty! Ja ugotowałem ziemniaki!
- A ja zrobiłam sałatkę!
- O nie! Mam skurcz w łydce! O nie, padam zemdlony na podłogę! (podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń zupełnie i całkowicie przypadkowe, ja nawet nie znam Pawła Sz.)
Otóż my nie tak. My zupełnie bez sensu i w drugą stronę:
- Ja dziś pozmywam.
- Ale dlaczego ty? Przecież gotowałaś, ja to zrobię.
- Przecież dopiero wróciłeś z uczelni. To nie problem, pozmywam.
- Ale zniszczysz sobie swoje śliczne rączki!! Uciekaj, ale już, ja zmywam.
Ostatnie zdanie zazwyczaj należało do Męża,  a że minimalnie przewyższa mnie wzrostem to się poddawałam. Współczuję osobom postronnym, które musiały tego słuchać. Nawet mi robiło się lekko mdło jak słuchałam naszych słodkich dialogów. Czasami z niepokojem rozglądałam się za jednorożcem, który powinien wyjrzeć z salonu i zwrócić na nas otworem gębowym mnóstwo tęczy. Tylko czekałam aż spod zlewu wyfrunie stado ślicznych disnejowskich ptasząt, które usiądą nam na głowach i na tych nieszczęsnych talerzach w zlewie, gdzie rozpoczną swój radosny trel. A z nieba (sufitu) polecą kwiatki. Czy inna flora lub funga, dowolna. W każdym razie zwróćcie uwagę na ostatnie zdanie Męża. O tych rączkach ślicznych. Otóż (i tu z całą mocą kieruję swe ostrzeżenie w stronę Pań), jeśli Wasz osobnik towarzyszący wygłasza wszem i wobec tego typu hasła, uważajcie! Bądźcie czujne i oczekujcie najgorszego w każdej chwili. Może krzycząc głosem strasznym, że nie możecie zmywać w tym ciepłym, przytulnym, wynajmowanym mieszkaniu z bieżącą wodą w wynajmowanym zlewie, na odpowiedniej wysokości usytuowanym w stosunku do waszego wątłego ciała, ma na myśli coś innego. Ma może na myśli, że w tych warunkach zmywanie jest wręcz niebezpieczne, ale może macie ochotę wyjechać w takie miłe i ciche miejsce. Do lasu. I w tym miłym miejscu będzie mały domek, a przed małym domkiem będzie stał stary stół ogrodowy (plastikowy, nieco popękany, chwiejący się mocno). A na stole owym stanie miska, niewielka, żeby nie było za łatwo. A w misce stos talerzy. Brudnych jak nieszczęście. I woda będzie może nawet ciepła, ale temperatura otoczenia nie, więc ta woda szybko swoją ciepłość utraci. Jednak otoczenia nie podgrzeje to, o dziwo, wcale a wcale. A nawet jakby ochłodzi, bo dłonie Twoje mokre (te same co w dialogu powyżej, te samiuteńkie, delikatne i niezdolne do dłuższego moczenia w detergentach) wystawione poza miskę dałyby sobie głowę odciąć (gdyby miały takową), że jest znacznie zimniej niż Ci się na początku wydawało. I być może okaże się, że w tych warunkach (zimno, wiatr, czasami deszcz, chwiejny stół, itd.), zmywanie nie jest już tak niebezpieczne. Może jest nawet swego rodzaju przyjemnością? Bo i widoki naokoło piękne, zwłaszcza gdy szron pokryje drzewa. I czas jest, żeby pomyśleć nad życiem i innymi takimi. Powspominać z niedowierzaniem czasy, gdy był taki jeden chłopak, niby ten sam, może trochę mniej uwalany ziemią i różnymi organicznymi resztkami, który by teraz stał i krzyczał:
- Odejdź ma Luba od tej wody lodowatej! Niech dłonie Twe uchronię przed zmarznięciem i zaczerwienieniem! I tą taka wysypką co Ci się niechybnie zrobi od płynu do naczyń! Odsuń swe piękne i wątłe ciało, nalegam!
Mam nadzieję, że dla wszystkich jasnym jest, że mam tendencję do złośliwości. I nawet mój złośliwy duch musiał przyznać, kontemplując otaczające piękno, że mój Mąż po prostu nie byłby fizycznie w stanie jeszcze zmywać. Ma on w naszym domu wiele ról. Jest stolarzem, murarzem, płytkarzem, malarzem, ogrodnikiem, hydraulikiem i nawet gniazdka do prądu potrafi zamontować. Patrzę na to wszystko z ogromną dumą, ale i lekkim niedowierzaniem/strachem. Znam tego chłopaka kilka lat i jakoś nie zauważyłam, żeby w międzyczasie wyjechał na roczny obóz budowlany, gdzie by się tego wszystkiego nauczył. Sporo nauczył się od Taty Grzegorza, jasna sprawa. Ale z pewnością nie wszystkiego. Na moje delikatne pytania (bo może jednak przeoczyłam, że rok go nie było i budował coś gdzieś na końcu świata i teraz będzie fo pa), gdzie się do diaska tego wszystkiego nauczył, odpowiada jak zwykle skromnie i mętnie:
- A, po prostu widziałem jak ktoś to robił…
- Ale gdzie, Kochanie, gdzie widziałeś?
- Nie pamiętam, no gdzieś tam. I trochę czytałem w Internecie. To wcale nie jest takie trudne.
I tyle udało mi się wyciągnąć. Skromniś. Chciałam teraz wymienić kilka rzeczy, które może faktycznie nie są trudne i nie znalazłam nic. Położenie rur z wodą w całym domu? Nie, zdecydowanie trudne. Położenie płytek w kuchni? Nadal trudne. Samodzielne wykonanie fundamentu pod nasz domu? Pewnie najtrudniejsze. Intensywnie myśląc nad tym wszystkim przy zmywaniu (już nie na zewnątrz, ale w Domu, tak, tak, Mąż zrobił szafkę pod zlew i zamontował zlew i baterię i podgrzewacz wody i wszystko) doszłam do wniosku, że mój Mąż jest po prostu wszechstronnie utalentowany. I mówiąc wszechstronnie mam na myśli naprawdę wiele stron. Wiele wiele stron.  Nie będę wszystkiego wypisywać, bo mi się Mąż przemądrzały zrobi, ale niech da Wam do myślenia ta historia: w domu mym rodzinnym zostałam poproszona przez najmłodszą siostrę o przeszycie jej na maszynie brzegu sukienki. Sprawa dość łatwa, brzeg sukienki prosty, a ja zawsze czułam pociąg jakiś wewnętrzny do szycia. Siadam dumna przy maszynie, naciskam co trzeba, światełko włączone. Dobra nasza. Układam materiał, nieco jednak niesforny, ale robię dobrą minę do złej gry. Zaczynam. Po dwóch sekundach maszyna zatrzymała się z dźwiękiem co najmniej dziwnym. Nitka splątana niebosko, i to nie tylko na wierzchu materiału, ale i pod spodem. Jeden wielki pęk. Lekka panika. Coś próbuję odkręcić, coś rozplątać. Na to wszystko do pokoju wchodzi mój Mąż, który akurat zrobił sobie przerwę w rąbaniu drewna/wylewaniu posadzki/robieniu ogrodzenia w ogródku/siania bądź sadzenia (można wybrać dowolne, wszystko równie wysoce prawdopodobne). Delikatnie acz stanowczo odsuwa mnie od maszyny. Siada, kilkoma sprawnymi ruchami, za którymi mój wzrok nie nadążył, naprawia co trzeba. Bierze sukienkę gestem mówiącym, że nie jest to pierwsza sukienka jaką w życiu układa na maszynie. Przeszywa. Równiutko, prościutko, idealnie. Wyłączył wszystko, cmoknął mnie w zdezorientowane czoło i poszedł. Patrzyłyśmy za nim jeszcze chwilę, z ust moich wydobywały się elokwentne : ale jak?! Że…? Przecież..?!
Podejrzewam, że z czystej grzeczności nie zabiera się za gotowanie. To człowiek o złotym sercu, więc pewnie uznał, że Żona też powinna mieć jakieś pole do popisu. Przynajmniej do czasu jak nie rozpatrzą pozytywnie jego wniosku o kilkukrotne wydłużenie doby.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz