Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące książkowego gustu Pana Grubasińskiego przeprowadziłam prosty acz kompletnie niepoprawny metodycznie książkowy cafeteria test. Słaba próba, słabe wszystko. Myślę, że spokojnie można na jego podstawie wyciągać daleko idące wnioski. Na temat wszystkiego. Otóż. Na jednym brzegu kanapy położyłam Świetlickiego tom "Jedenaście". Zupełnie nieinteresująca kolorystyka. Szaro szary. I jeszcze trochę szarego. Szatan bez oka jest, ale szary. Wcale nie zabawny. Obok książeczka o zwierzątkach, czarno-biała plus nęcące kolorowe akcenty. Oraz pieluszka tetrowa (ślepa próba). Na drugim końcu kanapy położyłam Synka. Z prędkością światła znalazł się przy książkach i cóż wybrał? CÓŻ WYBRAŁ? Świetlickiego wybrał. To rozwiewa wszelkie wątpliwości, jeśli ktoś takowe miał. Oczywiście można test powtórzyć, policzyć coś niecoś własnoręcznie lub Mężem (kto ci tak dobrze policzy jak Mąż?Nikt!), ale szkoda czasu. Toż to gołym, statystycznie nieuzbrojonym okiem widać, że wszystko będzie super bardzo niewątpliwie istotne! Możecie mi zaufać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bobo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bobo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 maja 2016
piątek, 13 maja 2016
Miłość od pierwszego ślinienia.
Nasz Syn wykazuje zamiłowanie do
książek. Niezmiernie raduje to moje czytelnicze serce. Czułam, że będzie
uwielbiał czytać. Bez presji, of kors, to są jego wybory. Jego czytelniczy styl
można w skrócie opisać jako „Konsumpcja z dużą ilością śliny. Wszędzie”. To są
szczegóły, nad tym można popracować. Liczy się pasja, zacięcie. Co więcej, ma
świetny gust. Gdy po raz pierwszy zobaczył książkę Świetlickiego przepełzł
(takie słowo istnieje?? Word nie podkreśla, to znaczy tak?...) całą kanapę,
żeby się do niej dostać. Myślę, że możemy śmiało stwierdzić, że pociąg do
lektury przyspiesza jego rozwój. To było naprawdę sprawne pełznięcie. Jak już
dopełzł rzucił się na nią z dziką pasją. I zaczął żuć (bardzo przepraszam
Państwo A. i B. – ojej ojej pierwsze litery Waszych nazwisk są obok siebie w
alfabecie! Przypadek? Nie sądzę -
za drobne zniszczenia na książce, ale pomyślcie, cóż to za słodka pamiątka!).
Co bardziej złośliwi oraz przebywający z naszym dzieckiem dość często (co
ciekawe są to te same osoby, brawo dla nas za dobór znajomych J) mogą stwierdzić, że
Tymek żuje wszystko co wpadnie w jego ręce/dziąsła. Fakt, nie mogę się z tym
kłócić. Jednak zauważam zasadniczą różnicę w sposobie żucia. Przypadkowe
książeczki o zwierzątkach/pieluchy/kocyki/zabawki/szczoteczka do zębów/oparcie
krzesła/moje ramię/mój podbródek/mój policzek/jego skarpetki/Marcina dłoń/reszta
świata to jest takie żucie nonszalanckie. Żucie w stylu „Ok, nie mam nic ciekawszego
akurat do roboty, mogę trochę pożuć”. Dobra, oprócz jego własnych skarpetek, na
ich widok jest naprawdę dziki. Ci najbardziej wytrwali w złośliwości stwierdzą,
że być może żółto – czerwony jakby szatan bez jednego oka co ciekawe
wyglądającego lepiej niż drugie istniejące oko przywabiły go do tej książki.
Które dziecko by się nie zaciekawiło? Może, może, też mnie bawi ta okładka,
jednak kolorystyka kwalifikuje tylko do standardowego żucia. Szatan z jednym
okiem również. Ale ten Świetlicki! Proszę Państwa! Co to było za żucie! Szalony
błysk w oku, koordynacja wszystkich czterech kończyn (co nie jest łatwe na tym
etapie rozwoju i na tym etapie pulchności) i do tego mnóstwo dźwięków. Bardzo zaangażowanie
brzmiących. Cóż mogę rzec? Brawo Synu, rodzice są z Ciebie bardzo dumni:*sobota, 27 lutego 2016
Stało się
Stało się. Niby wiedziałam, że
może się stać. Gdzieś tam w tyle czaszki pikała ta myśl. Spychałam ją dzielnie
w otchłanie podświadomości, łudząc się nadzieją, że jednak nie. Albo chociaż
jeszcze nie teraz. Może już nie mam 20 lat, ale prawie, prawie wróciłam do wagi
sprzed ciąży. Może wprawdzie wyglądam jeszcze trochę jak w trzecim miesiącu
ciąży (jakim sposobem swoją drogą?! Co tam jest w tym brzuchu, powietrze?! Czy
jako osoba, która nie skalała się nigdy niczym więcej niż tygodniową serią
bardzo oszukiwanych brzuszków, będę musiała do stanu brzucha sprzed ciąży i bez
ćwiczeń wrócić ćwiczeniami?! Czy to nie jest chore???), ale mogło być gorzej.
Wiadomo, dziecko wywraca świat do góry nogami, trochę się nie dosypia (tzn. Mąż
śpi wyśmienicie, ja mniej J),
sił trochę mniej, koncentracja słabsza, tu się coś zapomni, tam się pomyli
sardynkę z serdelkiem. Ale żeby aż tak źle było?! A jednak. A jednak doszło do
tego, że mój Mąż sprawdza mi literówki i błędy. Nie dosyć, że sprawdza. ZNAJDUJE.
Ma on oczywiście wiele zalet, ale czujność ortograficzno–interpunkcyjna nie
jest jedną z nich. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Próbowałam go przekonać co
do pisowni pewnego słowa, nie pamiętam już nawet jakiego, nie jest to ważne.
Słowo miało problematyczną pisownię. Dla niego zwłaszcza. Po kilku minutach
dyskusji był zrozpaczony. Pot na czole, łzy w oczach. Sięgnął po ostateczny
argument, który miał podkopać mój autorytet. Głosem łamiącym się zakrzyknął: „I
co?! Może jeszcze mi powiesz, że ołówek pisze się przez Ó zamknięte?! ”.
Wierzcie mi, gdy spojrzałam w te ufne oczęta wpatrzone we mnie w niemym wołaniu
„ Nie odbieraj mi tego!! Tej jednej jedynej ortograficznej rzeczy, której
jestem na 100% pewien!!!Nie odbieraj mi OŁUWKA!!!”, wierzcie mi, chciałam
skłamać. Ale wiedziałam, że nie mogę. Pójdzie potem mój śliczny chłopak na
spotkanie towarzyskie, wypłynie temat ołówków (nigdy nie wiadomo co tam po
alkoholu się wydarzy) i będzie gafa towarzyska. To wrażliwy chłopak jest, już
nigdy nie będzie chciał się pokazać na salonach. To byłaby zbyt duża strata dla
świata. Głos uwiązł mi w gardle, więc drżącą dłonią wskazałam stosowną notatkę
w słowniku ortograficznym (tak, tak, to było tak dawno temu, że używało się
papierowych słowników). Był szok, było niedowierzanie. Rozpacz jego rozproszyłam
jedzeniem, kanapka ze smaluszkiem lub deser z dużą ilością bitej śmietany to
pewniaki, działają do dziś. I ten mój słodki ortograficzny akrobata ekscentryk
ZNAJDUJE MOJE BŁĘDY. Świat się kończy. Ludzie! Ludzie, apeluję!! Rozważcie
poważnie kwestie prokreacji!! To niesie ze sobą znacznie poważniejsze
konsekwencje niż się wydaje. Nic już nigdy nie będzie takie samo. Idę po
serdelka. Lub sardynkę, łot ewer.
Bywam przesadnie ironiczna.
Bywam przesadnie ironiczna. Moje
ofiary twierdzą, że zawsze ale to zawsze jestem przesadnie ironiczna. Ale jak
tu nie być kiedy człowiek próbuje zrobić zakupy w internetowej "ekologicznej"
drogerii. Próbuje i próbuje. Chce im siłą prawie swoje pieniądze wcisnąć. A oni
nic, w ogóle ich to nie wzrusza. Historię z pieluszką kąpieluszką (tak tak,
właśnie tak się to nazywa) już znacie (klik!). Pieluszkę odesłałam. Umówiłam
się z panią z drogerii, że jak tylko pieluszka do nich dotrze to zaraz w tej
samej sekundzie do mnie zadzwonią i ustalimy dalsze kroki. Bo basen tuż tuż, a
syn nie będzie przed obcymi ludźmi świecił swym cellulitem na pośladkach (M: i jakże zacnym przyrodzeniem),
potrzebne majty. Od początku przeczuwałam, że będą trudności. Trzy razy
musiałam tłumaczyć pani po drugiej stronie słuchawki, że owszem, moje dziecko
ma mniej niż 4 miesiące. Owszem, ma mniej niż 9 kilogramów. I owszem, nie
mieści się. Nie wiem dlaczego się nie mieści. Owszem, próbowałam go wcisnąć.
Owszem, zupełnie na serio nie chciał wejść. Do kolan wszedł i koniec. Nie, nie
wiem dlaczego. Może ma po prostu świetną rzeźbę, nie to co te małe knypki, na
które owa pieluszka jest szyta. Ostatnia uwaga pozostała w mej głowie, bo mię
Mamusia wychowała na względnie uprzejmą osobę.
Toteż, gdy po tygodniu od wysłania paczki cicho i głucho, nie byłam bardzo zdziwiona. Oczywiście pierwsze podejrzenie padło na Pocztę Polską, bo to przecież priorytet był, więc i dwa tygodnie mógłby iść. Jak się okazało, musiałam potem pod drzwiami właściwego nam urzędu pocztowego stać i odszczekiwać gdyż albowiem tym razem to nie oni. Gdy zadzwoniłam do drogerii w celu wyjaśnienia sprawy okazało się, że jest moja paczka, leży tu sobie. Leży i czeka. Ton głosu pani sugerował, że leży już od jakiegoś czasu, jest to znana im paczka, opatrzyli się już z nią, oswoili, niedługo z pewnością zacznie reagować na wołanie po imieniu. Dlaczego w takim razie nikt do mnie nie zadzwonił? Nie wiadomo. Czepliwa nie jestem, tematu nie drążyłam. Wizja basenu zbliżała się nieuchronnie, syn bez wyjściowych nieprzemakalnych majtów, więc uznałam, że sprawę załatwić trzeba szybko, bez rozczulania się i niepotrzebnego ironizowania. Skoro na stronie nadal widnieje informacja, że pieluszek mają bardzo wiele oraz byłam od dwóch tygodni umówiona na wymianę mówię grzecznie, iż w takim razie nie chcę moich pieniążków, chcę większą pieluszkę. Tak jak się umawialiśmy. Dla synka mego śliczna pieluszka basenowa. Usłyszałam, że nie ma ależ zupełnie żadnego najmniejszego problemu, już zaraz wysyłają. W te pędy. Bo basen za 4 dni, ale powinna dojść paczuszka. Tylko jeden malutki szczegół. Ale to pewnie nie będzie mi przeszkadzało. Bo oni mają na stanie JEDNĄ pieluszkę. Blady róż. W laleczki.
poniedziałek, 1 lutego 2016
Na basen!
Syn w lutym zaczyna przygodę z
basem. Będzie chadzał raźnym krokiem na zajęcia dla niemowlaków. Ciekawam
bardzo co nas tam czeka. Patrząc na budowę ciała pierworodnego śmiem twierdzić,
że w konkurencji dryfowania na wodzie będziemy najpierwsiejsi.
Jak wiadomo do tego typu
aktywności należy się odpowiednio przygotować. Zaczęliśmy od rozmów i
nastawienia psychicznego. Ale oczywiście równie ważny jest profesjonalny
sprzęt. Potrzebowaliśmy czegoś, co zatrzyma produkty przemiany materii naszego
pierworodnego blisko niego. Produkty te wydobywają się z niego bardzo często. I
o każdej porze dnia. I w dużych ilościach. Płynnych. Po przeczesaniu Internetów
uznałam, że jednorazowe pieluszki kąpielowe zupełnie mnie nie przekonują.
Wielorazowe z subtelną koronką wokół udek również. Przemiana materii ma w
poważaniu głębokim subtelne koronki. W końcu znalazłam majciochy, które
spełniały moje wygórowane żądania: piękny kolor, piękny wzór i porządne
wykończenie w newralgicznych miejscach, czyli przy nóżkach i brzuchu.
Jednak trudności zaczęły się już na wstępie.
Okazuje się, że informacja na stronie sprzedawcy brzmiąca „W magazynie bardzo
dużo sztuk, różne wzory i rozmiary” oznacza, że produkt jest niedostępny.
Dowiadujesz się o tym już po zakupie. I czekasz trzy tygodnie. Ale cóż znaczą
trzy tygodnie wobec wieczności. Doczekaliśmy się. Po wielu dniach oczekiwania kurier przywiózł to cudo. Przyszły mistrz wszystkich
stylów pływackich wyraził aprobatę szerokim uśmiechem, obfitym ślinotokiem i
próbą zjedzenia pieluszki. Przecież nie jadłby czegoś co mu się nie podoba,
prawda? Potem już tylko należało wychwycić lukę czasową, w której delikwent nie
będzie wyrzucał z siebie niczego, żadnym z otworów, co by nie ubrudzić nowego
nabytku. Zamówiłam rozmiar M. Od 6-9 kg, od 4 m-cy. Nasze geny wspólnie
zmieszane w ten piękny pulchny koktajl mają kilogramów 7, a miesiące niecałe
trzy (2,5). Czyli akurat. Pomimo moich najszczerszych chęci udało nam się
dociągnąć rzeczone majteczki do kolan. Wyżej ani rusz. Wiem, że to ma przylegać
ściśle, żeby działało odpowiednio. Ale żeby przylegało musi zostać wciągnięte
na swoje miejsce. Zadumałam się przez chwilę nad faktem, że materia z której
stworzone są udka naszego Syna tylko z pozoru jest taka mięciutka i plastyczna.
W rzeczywistości jest mocno zwarta. Wychodzi na to, że rozmiar ma jak na swój
wiek odpowiedni, ale z masą trochę przedobrzył i dlatego to takie ubite jest.
Nic to. Wymieniamy na rozmiar L. Od 6 m-cy, powyżej 9 kg. W magazynie baaaardzo
dużo sztuk. Damy znać za miesiąc.
piątek, 29 stycznia 2016
Rozszerzanie diety – jak tego nie robić….
Wczoraj robiliśmy sobie wspólne gotowanie. Ja gotowałam, a
moi chłopcy stali i patrzyli. Szczegółowo tłumaczyłam im obu co robię. Możliwe,
że bez sensu, bo pewnie żaden z nich niczego nie zapamiętał, ale nie o tym.
Robiliśmy sobie razem humus. Tłumaczę im jak ważne jest zaplanowanie sobie
wszystkiego wcześniej, bo spontaniczny humus okazuje się być zazwyczaj dość
mdłą pastą z ciecierzycy, gdyż albowiem zapomniało się, że potrzebna będzie
pasta tahini. Albo chociaż sezam, z którego można by ją sobie samodzielnie
zrobić… Mieszam sobie mieszam, zastanawiając się co by tu do niej dodać, żeby
zamaskować brak sezamu. Wtem naszła mnie chęć na pomizianie polika mego Syna,
bo jest to polik bardzo mięciutki i miły w dotyku. Na palcu jak się okazało,
zostało mi co nieco pasty. Zapomniałam, że Syn ma odruch zjadania wszystkiego,
co go po buzi smyra i w ten oto sposób dziecię me spróbowało pierwszej w swym
życiu potrawy innej niż mleko. Niedoprawionego bezsezamowego humusu. Uśmiechał
się promiennie i mlaszczył z zadowoleniem, więc chyba smakowało. Pewnie przez
ten czosnek, którego wrzuciłam bardzo dużo. I paprykę.
………………….
Rozszerzania diety ciąg dalszy. Dostałam od Męża mego mango.
Jako że bywam miłą osobą, uznałam, że się z nim podzielę. Niech też ma coś od
życia. Ja sobie siedzę całymi dniami i wygłupiam się z Synkiem, chodzimy sobie
na spacery, gramy w gry (nasza ulubiona to „Zakład, że zdążę osikać siebie,
Ciebie, łóżko i ścianę w ciągu trzech sekund gdy odwrócisz wzrok?”), a Mąż
biedny pomyka do pracy. A nawet jak siedzi w domu to z noskiem w komputerze.
Niech ma chociaż trochę mango. Akurat siedział przy stole. W lewej ręce Syn, w
prawej widelczyk do mango, przed nosem komputer. Układ wydawałoby się dość
bezpieczny. Czy ktoś może mi wytłumaczyć jakim sposobem po 10 minutach
odebrałam od niego dziecko kompletnie umazane mangiem (mango? mangą??). Na
głowie, dłoniach oraz rękawach? Czy na trasie talerzyk-usta widelec smyrał mi
po dziecku tym owocem we wszystkie strony? Innego wyjaśnienia nie widzę. Ile z
tego trafiło do dziecięco dzioba mogę się tylko domyślać. Ale skoro jadł już
humus to mango raczej też mu nie zaszkodzi?
(M: syn jak na razie nie wykazuje znaczącego pogorszenia samopoczucia :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)