Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bracia mniejsi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bracia mniejsi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2016

Skrzynki dla ptaków

Jak ma się trochę niepotrzebnych desek po budowie domu, trochę wolnego czasu, trochę narzędzi i kilkoro (przynajmniej dwoje) przyjaciół, którzy lubią aktywnie spędzać czas, to warto coś z tym zrobić i stworzyć sztuczne miejsca gniazdowe dla ptaków.
Dobrze mieć znajomych, którzy się nie obrażają jak ich zagonisz do roboty, gdy przyjadą w odwiedziny

Skrzynka przeznaczona dla kopciuszka, ale zagnieździła się w niej pleszka, a obecnie przesiadują mazurki.

Samica pleszki przyleciała jeszcze przed samcem i długo kręciła się sama koło skrzynki, a w końcu się doczekała.



W skrzynce typu A zamieszkała modraszka, chociaż odwiedzały ją też bogatki i mazurki.


piątek, 16 września 2016

"Pasą się pasą niebieskie barany"

Kupując działkę pod budowę domu zawsze chcieliśmy żeby była duża. Tak żeby nie słyszeć rozmów sąsiadów przy grillu czy też ich kłótni, żeby nie zaglądać sobie w okna, żeby móc bez krępacji wyjść w samych gaciach wyrzucić kompost i podrapać się przy tym po tyłku. I w sumie udało się. Nawet lepiej, jak na razie w ogóle nie mamy sąsiadów (co niedługo się zmieni, niestety). Jednak kawałek ziemi spory. Rośnie tu dużo szeroko rozumianej zieleni, a że jest dość wilgotno, to wzrost ten jest szybki i intensywny. Chcąc utrzymać to w ryzach musieliśmy przeprowadzać koszenie kosą spalinową raz w miesiącu. Oczywiście generowało to koszty i zajmowało czas, a nie uzyskiwaliśmy trawnika jak u brytyjskiej królowej. Raczej dbaliśmy o zapylacze. Z drugiej strony, umiarkowanie dążymy do samowystarczalności żywieniowej, zatem pomysł sprowadzenia tu owiec wydał się całkiem sensowny. Wybraliśmy mało wymagającą i dość samowystarczalną  rasę - wrzosówkę.
Po długich przygotowaniach udało się wybudować owczarnię i owce przyjechały. Obecnie mamy jedną młodą maciorkę i trzy młode barany. Maciorka zostanie z nami dłużej (jak długo się da), a barany przeznaczone będą do zjedzenia i na skóry. Nie chcieliśmy nadawać im imion żeby nie było nam przykro się z nimi rozstawać, ale postanowiliśmy ułatwić sobie zadanie nadając im imiona złe. Na tym blogu jak i w życiu staramy się stronić od polityki, bo to straszne bagno jest. Niestety mamy internet i czasem docierają do nas różne informacje, również i z tego wiadra pomyj. Zatem maciorka, która z nami zostaje ma na imię Bubu - najbystrzejsza, najmniejsza, najładniejsza, przewodniczka stada; baran pierwszy, najstarszy to Jarosław - najbrzydszy i najgłupszy; baran drugi - Szyszko - przeciętnie głupi; baran trzeci, o czarnej sierści, czarna owca w stadzie to Donald. Zbieżność imion jest zupełnie przypadkowa. Z resztą niedługo pozostanie po nich tylko wspomnienie, trochę smrodu i produkty przemiany materii :-)
Od lewej: Bubu, Szyszko i Donald.

Jarosław

czwartek, 15 września 2016

Owczarnia

Na początku była trawa, dużo trawy.

Fundament - 6 walców: głębokość ok 80 cm, średnica ok. 50 cm, plus podmurówka z bloczków betonowych

Główne słupy konstrukcji


Każdy etap musi być zatwierdzony przez nadzór budowlany (w lewym dolnym rogu).

Trzeba wybrać humus i zastąpić go żwirem i kamieniami; na to później posadzka.

Konstrukcja dachu


Na stryszku jest całkiem sporo miejsca - alternatywa na "ciche dni" w domu :-)

Prawie gotowe

No i pierwsi lokatorzy

niedziela, 7 lutego 2016

strażnicy przyrody cz. 2

Obfitość zwierzyny - dla wszystkich starczy miejsca
Naszą polanę otaczają głównie żyzne lasy grądowe, w miejscach bardziej wilgotnych są olsy i łęgi, a na nieco piaszczystych górkach świeże bory sosnowe, do tego mozaika pól, łąk i pastwisk. Wydaje się być to doskonałym terenem dla naturalnego bytowania i rozrodu dzikich zwierząt kopytnych. Jednak, jak wiadomo przyroda sobie nie poradzi bez człowieka, a myśliwi ze względu na nieustanne obcowanie z naturalnym ekosystemem wiedzą najlepiej co dla przyrody dobre. Dlatego wiele lat temu wprowadzili tu zupełnie obcy w tej części Europy gatunek - daniela, który doskonale się tu mnoży. Co więcej, łowczy również dbają o to, żeby zwierzęta te nie cierpiały głodu i żeby nie zachodziła tu naturalna selekcja i osobniki o niższym dostosowaniu nie umierały. Zatem wwozi się do lasu tony marchwi, buraków, siana, kiszonki itp., zaburzając w ten sposób naturalne procesy w przyrodzie, zwiększając transfer patogenów między osobnikami, podnosząc liczebność gryzoni i prawdopodobnie też zwiększając częstość występowania borelii.
Co więcej, na tak żyznym terenie zwierzyny (ze szczególną nadreprezentacją danieli) jest naprawdę dużo. Zauważa to każdy kto nas odwiedza. Zauważa to każdy rolnik sadzący ziemniaki. W związku z tym, żeby to wszystko trzymać w ryzach działają tu dwa koła myśliwskie. Nasz dom jest mniej więcej na granicy działań tych dwóch grup pasjonatów przebywania na świeżym powietrzu i intensywnej emisji ołowiu do ekosystemu. Mamy więc niespotykaną przyjemność słuchania salw raz na północ, a raz na południe od domu.
Co więcej nasza sąsiadka ma okazję oglądać dzieło strażników przyrody z bardzo bliska. Co prawda ambony stoją oddalone o ustawowe minimum 100 m od jej domu, ale zwierzaki padają już nieco bliżej. Raz nawet będąc na spacerze z psami widziałem jak niedobity daniel leży i rzuca się na oziminie. Panowie łowczy siedzieli sobie na ambonkach i przyglądali się mu z zaciekawieniem. Dopiero na moją uwagę, że mogliby dobić to cierpiące zwierzę, okazali miłosierdzie i dobili. Oczywiście pierwszy raz niecelnie więc aż dwa dodatkowe naboje się zmarnowały.


"Na ulicy zatacza się kafar z wąsami. Być tu można tylko z jego pozwoleniami"
Innego razu jadę na rowerze z psami, po mleko do wsi. Jadę drogą gminną, ogólnodostępną. Podjeżdża wąsaty pan w nowiutkim, zieloniutkim VW Amaroku, zajeżdża mi drogę i mówi: łełełełe yyy łełe yyyy aaaaaa. Ja: nie rozumiem. On (z wyraźnym skupieniem na twarzy): ładne pieski, fajnie, że na otoku, ale tu jest polowanie, niech pan tam nie jedzie. Ja: Ale że jak? Po mleko do wsi nie mogę jechać? On: No do wsi można, ale tam nie, bo tam są Finowie, no i wie pan, oni są nerwowi, nie lubią jak się ktoś kręci, naprawdę ładne pieski...uuuuu aaaaa.
Finowie... Czyli tzw. dewizowcy, czyli goście, którzy przyjeżdżają do nas postrzelać, płacąc przy tym gigantyczne pieniądze naszym polskim myśliwym. Nasi gentlemani w pickupach tych dewizowców mają całkiem sporo i bardzo ich cenią. W efekcie, oprócz UAZów na co dzień, mają też odświętne nówki Navary, Amaroki i L200. Pięknie mkną po lasach i polnych drogach strzegąc porządku ekosystemu. Wszystko dla dobra przyrody i narodu.

Wigilijne strzelanko na chwałę Jezuska
Korzystając z wolnego dnia, chcąc zapewnić rodzinie ciepło podczas zimy, udałem się do lasu w celu samowyrobu drewna opałowego, we wcześniej umówionym z leśniczym oddziale i wydzieleniu leśnym. No to idę z psami, co by też trochę rozrywki zaznały. Biorę piłę, siekierę, maczetę i telefon, no i ku przygodzie! Miejsce oddalone jest o niecałe 300 m od domu więc daleko nie idę, z miejsca zabieram się za pracę. Piła chodzi jak marzenie, praca dosłownie wrrre. A tu myk myk myk, samochodzik. Jeden, drugi, trzeci. W samochodzikach panowie w pomarańczowych kapeluszach. A tu za nimi dwa ciągniki z tzw. budami do przewozu ludności wiejskiej i wiejskich dzieci szkolnych. Nie mija pół godziny, a tu łuuup, łuuup, łuuup! Jakby koło domu, jakby zaraz za mną. Dzwoni Żona: gdzie jesteś? Bo tu jakby za domem strzelają. Między mną a domem było jakieś 300 m w linii prostej, a strzały między nami. Powoli zbieram się, wycofuję, wracam do domu. A tu dzik biega przy bramie, jakby ranny, jakby oszołomiony. A tu strzały z drugiej strony (od południa) i daniele rozproszone biegają wystraszone. No i pędzi zieloniutki Amarok i Navarka błyszcząca. No tak, w przyszłym tygodniu boże narodzenie. A w weekend jedni i drudzy myśliwi urządzają wigilijne strzelanie. A jak! Na chwałę dzieciątka!

poniedziałek, 1 lutego 2016

Strażnicy przyrody cz. 1.

Mieszkanie w lesie poza niewątpliwymi aspektami metafizyczno-estetyczno-relaksacajnymi niesie również za sobą konieczność interakcji z jego użytkownikami. A jak wiadomo lasy w Polsce są w większości państwowe, zatem wstęp do nich na piechotkę ma każdy. Dodatkowo, po uzyskaniu specjalnego zezwolenia można też mieć dostęp za pośrednictwem zdobyczy motoryzacji. Jedni o takie zezwolenie muszą się starać, inni dostają je niejako z urzędu. Koło naszego domu spotykamy zatem leśników, pracowników leśnych, rolników, spacerowiczów, czasem pary udające się w celu kopulacji, grzybiarzy, handlarzy narkotyków, myśliwych czy kłusowników.
Skupimy się dziś na interakcjach z dwiema ostatnimi grupami, bo ci są tu najaktywniejsi.

Jak wiadomo, w Polsce istnieje bardzo silna TRADYCJA łowiectwa. Jak mówią sami łowczy, łowiectwo to nie to samo co myślistwo. Z grubsza różnica polega na tym, że myślistwo to sam proces zabijania dziko występujących zwierząt, a łowiectwo co cała otoczka z rytuałami, celebracją, namaszczeniem i spożywaniem sporych ilości grup hydroksylowych przy okazji strzelania do dzikich zwierząt, które należą do skarbu państwa (ale legalnie strzelać mogą tylko nieliczni, wybrani; każdy inny kto się poważy tknąć dzikie zwierzę w celu jego zjedzenia, pozyskania skóry, poroża, kłów czy innych części to kłusownik).

Pierwsze spotkanie. Jeszcze zanim postawiliśmy dom, zanim jeszcze zaczęliśmy o tym myśleć, kupiliśmy działkę stanowiącą średniej wielkości prostokąt ziemi porolnej w dość zaawansowanym stadium sukcesji. A co robi młody człowiek jak kupi działkę? Jedzie tam ze znajomymi/rodziną rozpalić grilla, zjeść kiełbaskę i wypić piwo. Tak też żeśmy uczynili. Jemy, siedzimy, rozmawiamy, aż tu nagle z krzaków wychodzi wąsaty pan w wieku przedemerytalnym. I że dzień dobry, i że on tu sobie chodzi, bo on tu szuka miejsca na ambonę do strzelania. (200 m stąd jest gospodarstwo). A ja mu na to, że tutaj są działki i że pewnie za jakiś czas będą kolejne domy, no i że jak to, przecież tu już jest gospodarstwo obok. A on na to, że 100 m od zabudowań można strzelać. No to się ładnie pożegnaliśmy licząc, że to był jedynie krótki epizod.

Spotkanie drugie. Jakieś dla lata później, już po postawieniu domku i wprowadzeniu się na kartony, pod dom podjeżdża UAZ 469. Wjeżdża na podwórko, wąsaci panowie rozglądają się po obejściu. Ja wychodzę, oni nie pofatygowawszy się żeby wyjść odjeżdżają w dość szybkim tempie. Lekko zaniepokojony wracam do domu. Kilka dni później chyba ten sam UAZ staje sobie na drodze (prywatnej) i stoi kilka minut. Zainteresowany i jednocześnie zaniepokojony wychodzę (dla bezpieczeństwa z psami :-). Podchodzę do gentlemana. Ten nie raczy nawet wyjść z samochodu, ani nawet otworzyć okna. No to kulturalnie pukam w okienko i zalotnie uśmiecham się do grubaska. O! dostąpiłem zaszczytu i jegomość uchylił okno na tyle żeby fale akustyczne mogły się przemieszczać między nami, ale nic ponadto. Żadne tam uściski dłoni, nie nie. Pytam: Co Pana tu sprowadza? On: blebleble, tu jest polowanie. Ja: ale tu są domy, a ta droga jest prywatna. On: 100 m, tylko na chwilę. Zamyka okna i gada sobie przez telefon: eee ja tu gdzie te działki, noo nooo, ee ee e aa  
Ja w szoku nie wiedząc co zrobić wracam do domu, do pracy. No w sumie w okna mi nikt nie strzela, to zagrożenia życia nie ma. Psów nie odstrzelili, kapusty nie ukradli, śmiercią nie grozili. Policja też pewnie nie przyjedzie. Po kilka minutach rozlegają się liczne strzały, a na oziminie jakieś 200 m dalej kładą się się daniele i dziki. Do wąsatego pana przyjeżdża brodaty pan w UAZie. Gadają chwilę nie wysiadając z samochodów i w końcu odjeżdżają spod domu. Później okazało się, że takie polowania odbywają się już regularnie co ok. 2 tygodnie, ale już nikt nie podjeżdżał pod dom. Tylko strzelanie przepisowe 100 m od domu sąsiadki.

piątek, 10 kwietnia 2015

Przybyło nas

Po krótkim przeczekaniu nawrotu zimy i intensywnych opadach płazy ruszyły z dużą determinacją. W stawku za domem zakotłowało się, zaniebieszczyło i mamy efekty. Żaby brunatne złożyły skrzek, i to ile. Dwadzieścia dwa kłęby, w stawku o średnicy ok 2 m i głębokości 30 cm. W dużym stawku naliczyliśmy tylko trzy, ale wciąż słychać nawoływania i bulgotania więc to może  nie jest jeszcze ostatnie słowo. Czekamy na pozostałe gatunki.

 
 

środa, 1 kwietnia 2015

Żaby brunatne

Po dłuższym okresie wiosennej suszy zaczęło padać. Efekt natychmiastowy. Ruszyły żaby brunatne.
 
 
 
 
 

poniedziałek, 16 marca 2015

Dwuśrodowiskowe czworonożne ruszyły

No i się zaczęło. Wokół domu trawa się rusza! Co kawałek coś skacze, coś pełznie, coś żyje. Żaby moczarowe, żaby trawne, grube, ociężałe, chyba z jajami w środku. I dziś, pierwsza w tym roku traszka grzebieniasta, piękna zwinna, bardzo żywotna. No w końcu 14 stopni dziś mamy, a od tygodnia nie było przymrozku. 
Wieczorem trzeba mocno uważać by nikogo nie nadepnąć. Bo idą. Do stawu sąsiada za chlewem. Do stawu sąsiada na łące. Do stawu w lesie obok. Do stawu w lesie dalej. Może i do naszego stawu przyjdą. Czekamy z niecierpliwością.

niedziela, 15 marca 2015

Mała retencja czyli lokalny kreacjonizm

Na naszej działce było małe zagłębienie, w którym gromadziła się woda po wiosennych roztopach i letnich opadach. Jednak "stawek" zwykle wysychał. Często obserwowaliśmy w nim żaby (brunatne i zielone), ropuchy szare i traszki zwyczajne. W okolicy kręcą się też grzebiuszki ziemne. Niestety nawet jak składały skrzek, to zwykł on wysychać. Jedynie w zeszłym roku kijanki żab moczarowych zdążyły się przeobrazić i wyjść ze zbiornika. Ale mieliśmy bardzo mokrą późną wiosnę i lato. Postanowiliśmy więc pogłębić sadzawkę i stworzyć system małej retencji z rowkami doprowadzającymi. Poza tym kopanie to wspaniałe ogólnorozwojowe ćwiczenie w przerwach w pracy przy komputerze. Teraz czekamy na płazy, a pierwsze żaby moczarowe już się kręcą tu od tygodnia.

 



wtorek, 3 marca 2015

Psy II

Jakiś czas temu zapytałem Żonę: a co będzie jak będziemy mieli już dzieci, i te dzieci będą chciały mieć psa? Pozwolimy im czy będziemy próbować jakoś wyperswadować, że to nie jest najlepszy pomysł, że nie mamy warunków, że one roznoszą zarazki, że śmierdzą itp. Żona bardzo stanowczo i z przekonaniem odpowiedziała, że powiemy im, że mamy owce i kury i musi wystarczyć. Że możemy owcom doczepić dłuższe ogonki, a kurom dokleić psie uszy. Może, przy odrobinie szczęścia, któreś z nich zaczną szczekać.
A zupełnie przypadkiem, zupełnie w międzyczasie, jedna z naszych ulubionych Sióstr przyprowadziła do domu pieska, płci bardzo żeńskiej, którego jakiś zły człowiek zostawił na dworcu (jak się później okazało, miał ku temu pewne podstawy, choć oczywiście czyn potępiamy - mógł oddać do schroniska). I ten piesek koniecznie musiał trafić do domu Mamy Marii, bo nikt inny nim się nie mógł zająć. A Mama Maria serce do zwierząt ma i każda zbłąkana sierotka znajdzie tam cieplutki kąt. Ale to nie jest w żadnym razie reklama ani zachęta! Żeby nikt nas źle nie zrozumiał! Prosimy nie przysyłać nam już więcej żadnych zwierząt!! Zdecydowanie wystarczy!
Oczywiście pies suczka miał trafić do domu tylko na dzień, góra dwa, a potem w jakieś inne dobre ręce. Tak się dziwnie złożyło, że został na dłużej, i oswoił się z miejscem, i z fotelem, i legowiskiem innego psa domowego (mówiąc oswoił mamy na myśli, że biegał po całym domu i jazgotał nieznośnie, ale przebijał tam ton zadomowienia). Oswoił się też z psem podwórkowym Leszkiem, płci zdecydowanie męskiej. Ze związku tego poczętych zostało szczeniąt sztuk pięć. Jak one wszystkie się tam zmieściły (w sensie w suczce) do dziś nie wiadomo, bo suczka nogi może i ma długie, ale kadłubek nieproporcjonalnie mały. (Jak tak sobie o tym myślimy to możliwe, że na dworcu została opuszczona przez wzgląd na cechy estetyczno-akustyczne.) 
Tak czy owak wyskoczyło z niej pięć szczeniąt. Oczywiście wszyscy kochają małe pieski. Zachwycają się nimi. Głaszczą. Całują. Przytulają. Ale nikt nie chce ich wziąć! W związku z tym w Żonie obudziły się instynkty macierzyńskie (Żona na swoją obronę dodaje, że była w krzyżowym ogniu spojrzeń: bo i pieski na nią spoglądały błagalnie i Mama Maria z boku spoglądała i głosem zachęcającym szeptała "Spójrz jakie śliczne śliczne pieski. Jak na Was patrzą. Na nikogo tak nie patrzą jak na Was. Chyba Was kochają"). A jej oczkom i niewinnemu uśmiechowi (Żony, nie Mamy czy Psów) nie jestem w stanie odmówić. Zwłaszcza jak te oczka i ten uśmiech są wspomagane przez dodatkowe oczka i jeszcze liczne mięciutkie łapki. I tak od października mieszkają z nami jeszcze dwa psy. Oto one. Kołek i Kluska. Pierwsze imię, wymyśliła jedna z sióstr. Drugie zmieniliśmy sami, bo nazwano ją Ruda. A co takie niewinne zwierzę zrobiło, żeby takimi wyzwiskami na nie rzucać :-) "Ruda, to może być ... ! Kania (<<i pies też>>) jest rdzawa." (to cytat ze znanego ornitologicznego profesora śp.)
fot. Olutek - to wszystko jej wina. Przez to zdjęcie psy są z nami :-)

piątek, 27 lutego 2015

Pięć gatunków dzięciołów!

25.02.2015
Dzięciołek Dendrocopos minor pięknie "zaśpiewał" rano przed domem. Czyli dzięcioły w komplecie: duży, średni, czarny, zielony. A może jeszcze zielonosiwy się pojawi?

piątek, 20 lutego 2015

Wczesna wiosna

Już od miesiąca intensywnie odzywają się dzięcioły. Od dobrych dwóch tygodni słychać bębnienie wokół domu. Dzięcioł duży i średni przeganiają się w pobliskiej olszynie. Czarny i zielony na zmianę pogwizdują. Czekamy jeszcze na dzięciołka, który coś w tym roku się nie pokazuje. Od miesiąca podśpiewują kowaliki, sikory i pełzacze. A wczoraj w nocy koło dziesiątej, jakieś 50 m od domu pięknie pohukiwał puszczyk. Pierwszy raz w tym roku. Żurawie też już na posterunku. Tylko czekać aż zaśpiewa śpiewak. Chyba muszę się pospieszyć ze skrzynką dla pójdźki i dudka...