poniedziałek, 23 maja 2016

Jak chronić warzywa przed... Żoną :-)

Jednym ze sposobów uprawy długokiełkujących warzyw takich jak marchewka czy pietruszka jest wsiewanie punktowo nasionka sałaty. Marchewka i pietruszka kiełkują bardzo długo (czasem do 3 tygodni), sałata często wychodzi na powierzchnię już po tygodniu. Innym sposobem jest sadzenie cebuli dymki, która już po kilku dniach zaczyna wypuszczać szczypior. Chodzi o to by widzieć gdzie są rządki z wysianą marchewką/pietruszką i by móc pielić jeszcze przed jej wykiełkowaniem, a nie uszkodzić kiełków pożądanego warzywa. Rośliny niepożądane (potocznie zwane chwastami) kiełkują i rosną szybciej niż te pożądane, więc mogłyby nieco przydusić nasze warzywa. Cebula dodatkowo może odstraszać pasożyty, takie jak np. mszyce.
Wszystko pięknie brzmi w teorii, a czasem i w praktyce wychodzi całkiem nieźle. Ale pomysłodawca tego rozwiązania nie przewidział jednego: Żony.
Żona zajęta licznymi sprawami związanymi z utrzymaniem domu, wychowaniem kopii połowy moich genów i nieco większej połowy swoich (mtDNA), nie rejestruje wszystkich opowieści Męża. Np. tych, że za tydzień w środę jedzie w teren, że np. ma nowego studenta do pomocy (że studentkę to akurat rejestruje), ale też np. że wysiał marchewkę, a w rządkach z marchewką są punktowo cebule, żeby było widać gdzie są rządki i żeby można je było łatwiej odchwaszczać. No i jak się trafi okazja, że pierworodny przyśnie w wózku na spacerze i Żona ma czas zająć się ogródkiem, to rusza z wielką prędkością. I rzuca się na pierwszą z brzegu grządkę. Właśnie tą, z marchewką (i cebulą, nie odwrotnie). I rwie chwasty aż się kurzy. No i wieczorem jak z Mężem rozmawia przy kolacji, to opowiada: "Ooo dziś nareszcie miałam chwilę i odchwaściłam w cebuli, w tej pierwszej grządce." Na to pytam: "W marchewce?". Ż: Marchewce?! Jakiej marchewce?! Tam tylko cebula była. M: "No ale takie małe tam przy gruncie, to marchewki jeszcze..."
Na szczęście pośpiech był duży a rozdzielczość wyrywającej mała i z grządki zniknęły głównie niepożądane rośliny. Spora cześć marchewek została, bo jeszcze małe były na szczęście. Zatem w efekcie końcowym punktowo sadzone cebule w rządkach marchwi pomagają w utrzymaniu rządków i pieleniu, chronią przed mszycą, a nawet Żoną.

niedziela, 22 maja 2016

Szkoła, pierwszy krąg.

Bardzo lubię prowadzić lekcje dla dzieci, szczególnie w szkole podstawowej i przedszkolu. Małe dzieci nie krępują się w zadawaniu pytań, zawsze (no prawie zawsze) mają wiele do powiedzenia i interesuje je prawie wszystko. Zawsze po takich lekcjach zastanawiałem się, co dzieje się na dalszych etapach edukacji z tymi ciekawymi świata, pełnymi ciekawostek dziećmi, które później spotykam w gimnazjum, albo na studiach, kompletnie niezainteresowane niczym co związane z zajęciami, totalnie ignorujące wszystkie elementy przekazu.
Ostatnio chyba częściowo znalazłem odpowiedź.
Po raz kolejny udałem się do jednej z podstawówek na lekcję o ptakach. Było fajnie. Pokazałem kilka pospolitych gatunków, opowiedziałem o ich zwyczajach, miejscach gdzie mieszkają, przyniosłem kilka piór. Dzieci pióra trzymały, miziały, trochę gniotły i łamały, ale ogranoleptycznie uczy się najlepiej. Potem mnóstwo pytań i opowieści o ptakach koło ich domów. A to ktoś znalazł małego wróbla, a to u kogoś "żuraw ma gniazdo na dachu" :-) Ogólnie miła, wesoła atmosfera. Ale to za mało. Żeby urozmaicić zajęcia Pani Nauczycielka postanowiła wprowadzić element rywalizacji i sportu: kto najlepiej będzie stał na jednej nodze jak bocian. Oczywiście zostałem wciągnięty w tą zabawę i musiałem pomóc wybrać z tłumu 30 dzieci jedno, które najlepiej stoi na jednej nodze. Na szczęście Pani mi pomogła i porozumiewawczym skinieniem wskazała mi dziewczynkę, która zdecydowanie najmniej się bujała i wręcz zamarła na jednej nodze, jak bocian po wyczerpującym dniu przeczesywania łąk w poszukiwaniu szarańczaków dla swoich piskląt. Mamy zwycięzcę. Jest dobrze. Reszta zażenowana, że to nie oni wygrali w tej jakże uczciwej i przejrzystej rywalizacji.
Ale to nie koniec. Pani ma więcej pomysłów jak urozmaicić te nudne zajęcia. Przecież samo oglądanie piór i zaspakajanie swojej ciekawości to za mało. Ktoś musi wyjść z sali wygrany, a ktoś musi przegrać. Wyścig przecież trwa. To dzielimy się na dwie grupy. Chłopcy i dziewczynki. Teraz będziemy wymieniać gatunki ptaków poznanych na dzisiejszych zajęciach. Ale tylko te. Nie ważne, że ktoś zna więcej, i inne. Mają być te co były dzisiaj (pierwsze przygotowanie do odpowiedzi zgodnie z kluczem na egzaminach do gimnazjum, po gimnazjum i na maturze). Za poprawną odpowiedź, piórko. Drużyna, która ma więcej piórek wygrywa. Najpierw dziewczynki: kos. Dobrze. Chłopcy: bogatka. Dobrze. Dz: zięba. Dobrze (bo była na lekcji). Ch: modraszka. Dobrze, idą łeb w łeb. Dziewczynki: kaczka. Ale jaka? (Pani szybkim dyskretnym migiem podpowiada dziewczynkom). Krzyżówka! Dobrze. Na to jeden bystry chłopiec, z pewnością syn handlarza samochodów: "ale Pani im podpowiedziała, widziałem że pokazała Pani krzyżyk, wszystko widziałem." Pani: "nieprawda, nic nie pokazywałam." Po oporze ze strony chłopców Pani się przyznała i zadeklarowała, że im też pomoże. Kolej na chłopców: małe zaćmionko, yyyy, .... Łabędź. Ale jaki? Ch: biały, nie szary, nie, zwyczajny, nie, wodny... nie zaliczamy. Dziewczynki prowadzą. Chłopcy wkurzeni. Jeszcze kilka kolejek. Kilka gatunków doszło, kilka piórek na koncie. Liczymy piórka. Dziewczynki - 5, Chłopcy - 4. Dziewczynki wygrały. Znów bystry chłopiec: "ale to było niesprawiedliwe, Pani im pomogła a nam nie". Wyszli wkurzeni, z minami lekko złamanych, ale Pani chciała przecież dobrze.

sobota, 14 maja 2016

Z serii jak tego nie robić - książkowy cafeteria test.

Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące książkowego gustu Pana Grubasińskiego przeprowadziłam prosty acz kompletnie niepoprawny metodycznie książkowy cafeteria test. Słaba próba, słabe wszystko. Myślę, że spokojnie można na jego podstawie wyciągać daleko idące wnioski. Na temat wszystkiego. Otóż. Na jednym brzegu kanapy położyłam Świetlickiego tom "Jedenaście". Zupełnie nieinteresująca kolorystyka. Szaro szary. I jeszcze trochę szarego. Szatan bez oka jest, ale szary. Wcale nie zabawny. Obok książeczka o zwierzątkach, czarno-biała plus nęcące kolorowe akcenty. Oraz pieluszka tetrowa (ślepa próba). Na drugim końcu kanapy położyłam Synka. Z prędkością światła znalazł się przy książkach i cóż wybrał? CÓŻ WYBRAŁ? Świetlickiego wybrał. To rozwiewa wszelkie wątpliwości, jeśli ktoś takowe miał. Oczywiście można test powtórzyć, policzyć coś niecoś własnoręcznie lub Mężem (kto ci tak dobrze policzy jak Mąż?Nikt!), ale szkoda czasu. Toż to gołym, statystycznie nieuzbrojonym okiem widać, że wszystko będzie super bardzo niewątpliwie istotne! Możecie mi zaufać. 

piątek, 13 maja 2016

Miłość od pierwszego ślinienia.


Nasz Syn wykazuje zamiłowanie do książek. Niezmiernie raduje to moje czytelnicze serce. Czułam, że będzie uwielbiał czytać. Bez presji, of kors, to są jego wybory. Jego czytelniczy styl można w skrócie opisać jako „Konsumpcja z dużą ilością śliny. Wszędzie”. To są szczegóły, nad tym można popracować. Liczy się pasja, zacięcie. Co więcej, ma świetny gust. Gdy po raz pierwszy zobaczył książkę Świetlickiego przepełzł (takie słowo istnieje?? Word nie podkreśla, to znaczy tak?...) całą kanapę, żeby się do niej dostać. Myślę, że możemy śmiało stwierdzić, że pociąg do lektury przyspiesza jego rozwój. To było naprawdę sprawne pełznięcie. Jak już dopełzł rzucił się na nią z dziką pasją. I zaczął żuć (bardzo przepraszam Państwo A. i B. – ojej ojej pierwsze litery Waszych nazwisk są obok siebie w alfabecie! Przypadek? Nie sądzę - za drobne zniszczenia na książce, ale pomyślcie, cóż to za słodka pamiątka!). Co bardziej złośliwi oraz przebywający z naszym dzieckiem dość często (co ciekawe są to te same osoby, brawo dla nas za dobór znajomych J) mogą stwierdzić, że Tymek żuje wszystko co wpadnie w jego ręce/dziąsła. Fakt, nie mogę się z tym kłócić. Jednak zauważam zasadniczą różnicę w sposobie żucia. Przypadkowe książeczki o zwierzątkach/pieluchy/kocyki/zabawki/szczoteczka do zębów/oparcie krzesła/moje ramię/mój podbródek/mój policzek/jego skarpetki/Marcina dłoń/reszta świata to jest takie żucie nonszalanckie. Żucie w stylu „Ok, nie mam nic ciekawszego akurat do roboty, mogę trochę pożuć”. Dobra, oprócz jego własnych skarpetek, na ich widok jest naprawdę dziki. Ci najbardziej wytrwali w złośliwości stwierdzą, że być może żółto – czerwony jakby szatan bez jednego oka co ciekawe wyglądającego lepiej niż drugie istniejące oko przywabiły go do tej książki. Które dziecko by się nie zaciekawiło? Może, może, też mnie bawi ta okładka, jednak kolorystyka kwalifikuje tylko do standardowego żucia. Szatan z jednym okiem również. Ale ten Świetlicki! Proszę Państwa! Co to było za żucie! Szalony błysk w oku, koordynacja wszystkich czterech kończyn (co nie jest łatwe na tym etapie rozwoju i na tym etapie pulchności) i do tego mnóstwo dźwięków. Bardzo zaangażowanie brzmiących. Cóż mogę rzec? Brawo Synu, rodzice są z Ciebie bardzo dumni:*

środa, 16 marca 2016

Brunatne piękno

Jedno z piękniejszych odczuć w życiu. Z jednej strony śmierć, z drugiej - narodziny nowego.
Stajesz w tej charakterystycznej pozie człowieka ze wsi. Patrzysz. Myślisz. Drapiesz się intuicyjnie po głowie lub innych częściach ciała, co wcale nie musi oznaczać, że jesteś skolonizowany przez pasożytnicze stawonogi lub ściśle reglamentujesz tlenek wodoru i produkty hydrolitycznego zmydlania trójglicerydów wodorotlenkiem sodu. Po prostu czasem coś swędzi. Czekasz czy już, czy jeszcze poczekać. Czy będzie się za mocno kleić czy już przeschło wystarczająco. Czy może jutro spadnie śnieg i przykryje twoje niszczące dzieło. W końcu się decydujesz. To dzisiaj. Bierzesz szpadel i do dzieła!
Po zimie mięśnie nie wprawione, bo nie zwykłeś jak inni męscy przedstawiciele twojego gatunku w tym wieku bezcelowo przerzucać żelastwa w dusznej sali ćwiczeń płacąc za to miliony monet koneserowi odżywek i wspomagaczy rozrostu masy mięśniowej. Zatem coś tam naciągnięte, coś tak lekko łupie, ale nic to. Nie poddajesz się. Męczysz się, pocisz, ale że pora roku wczesna, to nie zrzucasz odzieży, bo wiatr od wschodu chłodny i chwilowe obniżeniu sprawności układu immunologicznego i związana z tym infekcja wiszą w powietrzu. Po dłuższej chwili jest. Kilka metrów kwadratowych ciemnych gród. Grabie. Równasz. I już. Jest pięknie, równo, jednolicie ciemnobrązowo. I ten zapach. Coś się skończyło, czujesz zapach gnijącej materii. Coś właśnie się zacząłeś, tysiące zarodników i nasion zaczęło wyścig ku słońcu.
I już tylko wyrzut dopaminy...



Trzeba być samowystarczalnym

Podczas jednej z naszych podróży na Węgry Pan Magister wypowiedział wiekopomne słowa: "W podróży... trzeba być samowystarczalnym". Powiedział to przy stole pełnym węgierskich wędlin, papryk i napojów rozlicznych. Wcale wagi tej wypowiedzi nie umniejszał stan po spożyciu licznych grup hydroksylowych zawartych w lokalnych wyrobach płynnych. Zaiste, w podróży jak i w życiu trzeba być samowystarczalnym!
Oczywiście mamy świadomość, że samowystarczalność oznaczałaby totalne odwrócenie budżetu czasowego i zarzucenie korzystania z wielu zdobyczy kultury naszej wysoko uorganizowanej cywilizacji. My jednak dążymy do osiągnięcia namiastki samowystarczalności, takiej nieuciążliwej, dającej wciąż radość z tego co się robi, ale przynoszącej też realne efekty w wyniku naturalnej produkcji biomasy możliwej do konsumpcji przez Homo sapiens.
Ktoś może powiedzieć, że w naszym klimacie w zimie trzeba koniecznie importować warzywa i owoce. Otóż ludzie przez wiele wieków z mniejszym lub większym powodzeniem radzili sobie z tym, nie mając w ręku takich zdobyczy cywilizacji jak lodówki, zamrażarki, słoiki twist, itp. Oczywiście choroby takie jak np. szkorbut były dość częste i w ekstremalnie trudnych warunkach gnębiły populację ludzką. My jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji niż nasi przodkowie i przy odrobinie dobrej organizacji czasoprzestrzeni możemy z powodzeniem produkować i przechowywać nasze warzywa i owoce robiąc zapas na długi czas zimy. Okazuje się, że nie trzeba wcale dysponować ogromną powierzchnią ogródkową. Nawet małe skrawki można odpowiednio zagospodarować i żywić się (produkować jakiś procent potrzebnej żywności) prawie cały rok. Nasz ogródek warzywny ma obecnie około 300 m kw. i wciąż zbieramy z niego warzywa (jest początek marca), a następne są już wysiane i rosną w kuchni i salonie na parapetach. Ciekawe rozwiązania można znaleźć tutaj. Generalnie trzeba siać dość ciasno i kilka razy w sezonie, stosując płodozmian.


Można jednak wątpić w zapewnienie wszystkich niezbędnych witamin i mikroelementów, np. witaminy C. Od razu myślimy: cytrusy to jednak trzeba sprowadzać. Pani w radiu powie: cytrusy to nasza tarcza ochronna przed grypą. Paradoksalnie w naszych warunkach doskonałym źródłem witaminy C nie koniecznie muszą być cytrusy (które zrywane są niedojrzałe i bombardowane środkami przedłużającymi ich żywotność, odporność na transport i długie przechowywanie). O wiele więcej witaminy C ma np. czarna porzeczka czy JARMUŻ! O ile ta pierwsza, jest dostępna tylko latem (choć można ją suszyć, mrozić czy wekować (tu niestety sporo tracimy podczas gotowania)), o tyle najpierwotniejsza odmiana kapusty warzywnej może być zbierana od jesieni aż do wiosny, bo jest odporna na mróz. A nawet smaczniejsza po przemrożeniu. A przy obecnie panujących łagodnych zimach jarmuż jest zielony i może rosnąć cały rok. Tak samo możemy przetrzymać wiele warzyw kapustnych: kalarepę, kapustę głowiastą czy brukselkę. W tym roku nasza kapusta niestety nie przetrwała mrozów -15 st C, ale jarmuż i brukselka dzielnie się trzymają i zjadamy je cały czas.


W przypadku pozostałych warzyw powstaje jednak jeden bardzo ważny problem: jak to wszystko przechować i co zrobić żeby nie straciło swoich wartości?
Doskonałym sposobem na przechowywanie warzyw i niektórych owoców jest kiszenie czyli konserwowanie w naturalnie wytwarzanym kwasie mlekowym. Naprawdę kisić można prawie wszystko, nie tylko ogórki i kapustę. Kisić można również owoce, np. jabłka, paprykę czy pomidory. Ale też o wiele więcej warzyw niż nam się wydaje: rzepę, kalafiory, cukinię, patisony, marchew. Na Ukrainie podobno kiszą arbuzy, a w Izraelu cytrusy i wiele warzyw. Kiszenie w zależności od regionu, a nawet od domu istotnie różni się dodatkami, których wybór jest przeogromny: marchew, chrzan, czosnek, liście dębu, winogrona, wiśni, koper, pieprz, gorczyca, curry... My najczęściej używamy marchwi, czosnku, chrzanu, liści dębu i kopru.
Kiszone od lewej: cukinia, kapusta, pomidor, patison, ogórek
Nie możemy też zapominać o innej tradycyjnej metodzie jak kopcowanie. W zeszłym roku nasze warzywa okopowe przetrzymywaliśmy w wymurowanej w ziemi studzience rozdzielczej na wodę. W tym roku postanowiliśmy jednak spróbować tradycyjnej metody kopcowania. Zrobiliśmy wszystko jak należy: mały dołek, słoma, dużo słomy, na górę folia i dużo słomy. Wszystko było super. Warzywa nie marzły, były bardzo soczyste i długo cieszyliśmy się obfitymi zbiorami pietruszki, marchwi, selera czy buraka. Do czasu aż o naszym kopcu dowiedziały się myszy polne. Na początku dziwiliśmy się co ten kot sąsiadów tak tam łazi, czemu ten myszołów tak często czatuje na olszy przy rogu naszego ogródka. Myszki dość szybko się rozmnożyły (lub przyszły z zewnątrz) i zaczęły dziesiątkować nasze zbiory. W efekcie mieliśmy swoisty mysi hot-spot. Pospiesznie więc wybraliśmy co zostało i zamroziliśmy lub przerobiliśmy w słoiki. Tak skończyła się przygoda z kopcem. Oczywiście słyszę ciągle głos Mamy Marii: musicie mieć kota. O nie nie, koty to się co najwyżej topi.






Suszenie najlepiej sprawdza się w przypadku ziół, grzybów lub małych owoców (ewentualnie pokrojonych owoców). W tym roku mieliśmy bardzo obfite zbiory selera i pietruszki. Żeby nie wyrzucać natki wszystko ususzyliśmy. Suszony seler i pietruszka są znacznie lepsze od mrożonych. W przypadku kopru odwrotnie, lepszy jest posiekany i zamrożony. Mamy nadzieję, że w nadchodzącym sezonie ładnie będą owocować już nasze drzewka i krzewy i uda nam się nieco zbiorów ususzyć na zimę.

Innym sposobem na dostarczenie sobie witamin jest produkcja kiełków. Kiełki w skrajnych przypadkach mogą być jedynym źródłem witamin niezbędnych do normalnego funkcjonowania organizmu, szczególne w północnych szerokościach geograficznych dla białej odmiany Homo sapiens (Hugo-Bader "Biała Gorączka").Wcale nie trzeba kupować plastikowego kiełkownika w okazyjnej cenie na znanym portalu aukcyjnym. Można wykorzystać zwykłe litrowe słoiki i jakiś podstawek i miskę.

Inspekt, tunel foliowy lub szklarnia. Niestety w naszym klimacie czasem jest trudno wyhodować ładne i apetyczne pomidory. Częste opady i chłodne noce nie służą tradycyjnej uprawie ze względu ataki grzybów i wirusów, które potrafią zniweczyć całą kilkumiesięczną pracę ogrodnika. Można oczywiście stosować tony fungicydów, ale tą drogą nie idziemy. Budujemy szklarnię ze starych okien. Działa idealnie. Temperatura konkretna i nic nie kapie na liście pomidorów. Rosną jak szalone. W efekcie w tym roku ostatnie pomidory jedliśmy jeszcze w grudniu (zerwane jako zielone, ale 100 razy smaczniejsze niż ten plastik bez smaku z marketu). Pomidory zawierają beta karoten czyli prowitaminę A, który jest odporny na obróbkę termiczną. Przygotowane przeciery i soki, które konsumujemy do teraz są pełnowartościowe i pyszne.
Jednocześnie gorąco odradzamy okazyjny zakup tunelu foliowego przedstawionego na fotografii poniżej. Zwyczajny bubel. Cena kusząca, ale nie warto! Lepiej pozbijać ze sobą kilka starych okien i mieć prawie profesjonalną szklarnię :-) Z okien można też zbudować inspekt - niezbędny do przygotowania rozsad (klik).



Od tego roku mamy nadzieję, że będziemy mieli co raz więcej własnych owoców. No i wielki plan produkcji zwierzęcej, bo facet mięso jeść musi :-) Ale o tym za jakiś czas...

wtorek, 1 marca 2016

Mężczyźni są od gwoździ

Kąpielą Syna zajmuje się w domu Monż Kochany. Jest wtedy dużo chichotów, chlapania i mnóstwo wody na podłodze. Oraz mnóstwo wody na Monżu. I ścianach. Nie wtrącam się, to jest ich czas. Zresztą uwagi typu „Kochanie, czy jesteś pewien, że on powinien mieć twarz pod wodą?” psują im zabawę i patrzą na mniej obaj bykiem. Nie wiem jak niemowlak może rzucać takie spojrzenie, ale robi to (M: po matce). Co by dobrze wykorzystać wolne 15 minut jem kolację oraz szykuję Synkowi strój nocny. Tak było i wczoraj. Ułożyłam wszystko na stosiku w kolejności zakładania na dziecko i położyłam jak najbliżej przewijaka. Opatrzyłam to również instrukcją słowną: „Kochanie, proszę, po kąpieli ubierz mu zieloną formowankę*, zielony otulacz**, żółtego bodziaka i te szare śpioszki z królikiem z różową kokardą. Tu wszystko leży, o tutaj (wskazałam paluszkiem gdzie)”. W zamian odebrałam spojrzenie mówiące: „Naprawdę kobieto, nie musisz mi pokazywać każdego ubranka po kolei. Idź wątpić w ludzi gdzie indziej”. Po czasie niedługim odebrałam dziecko w koszulce, dziennych rajstopkach (skąd on to wziął?! Przecież już złożyłam je w kosteczkę i odłożyłam na stosik na jutro) oraz w zwykłej tetrze***. Patrząc w lekkim szoku to na Syna to na Monża przypomniałam sobie słowa pana dentysty sprzed dwóch tygodniu. Otóż, gdy wyraziłam siedząc już u niego na fotelu, w gabinecie w domu jednorodzinnym o labiryncie korytarzy jak w wilczym szańcu, pewne zaniepokojenie czy Monż mnie tu odnajdzie (musieliśmy się rozdzielić z przyczyn logistycznych i wytłumaczyłam mu trzy razy jak ma iść, ale niepokój był), zachichotał słodko. Następnie wziął czule mą dłoń, wetknął mi ją w moje własne usta, ażebym własnoręcznie przytrzymała sobie wacik (dzięki Myszka za polecenie pana dentysty! Niezapomniane wrażenia J!) i głosem radosnym oznajmił, że: „Hihi, mężczyźni są przeznaczeni do innych celów!”. Na moje nieme pytanie (bo dłoń nadal w ustach): „Ależ do jakich to, panie doktorzu?? Do jakich?”, wyznał, nadal chichocząc: „Do gwoździ…żeby coś tam gdzieś tym gwoździem…no czy ja wiem…..przybić czy coś….hihihi”.
Także tego. Mężczyźni są od gwoździ!
P.S. Jednak naprawdę staram się docenić radości dnia codziennego, tak więc tu oto, na forum publicznym chciałabym podziękować memu Monżu, że w tym zaskakującym stroju dzienno-nocnym odebrałam nasze dziecko. I otulacz był dobry. Możliwe, że powodem tego był brak w najbliższym otoczeniu innego dziecka i innego otulacza, ale nie jest to w tej chwili istotne. Dziękuję Kochanie!

* formowanka to taka gotowa pieluszka z bambusa w kształcie majtów, grubsza niż zwykła tetra, więc idealna na noc
** otulacz to takie majty z merynosa zakładane na formowankę lub pieluszkę tetrową
*** tetra czyli inaczej pieluszka tetrowa używana kiedyś, kiedyś, jeszcze zanim Homo sapiens zaczął zaśmiecać świat pampersami